Kartka ze statku „Rhein”, 1913 rok.

   
kartka ze statku 1913 male
 To jest zdjęcie, na widok którego omal nie krzyknęłam z zachwytu. Że jest! Że się zachowało! To wprost niezwykły dokument i świadectwo minionego czasu i historii mojej rodziny. Chyba jedno z najcenniejszych. Jest własnością mojej cioci z Cieszyna, córki Kazi Paterkowskiej. Ocaliła je, jak zresztą wiele innych, z tego, co zostawiła po sobie Lola, która zmarła w 2004 roku. 
Zdjęcie – pocztówkę wysłała Julka Paterkowska do swojej starszej siostry Ludwiki, czyli mojej prababki, wówczas mieszkającej w Czeladzi. Pewnie Ludwika wiele lat później, kiedy Paterkowscy wrócili już do Polski, dała Julii tę kartkę, bo może sama Julia nie zachowała dla siebie takiej pamiątki z przybycia do USA. Z jednej strony trochę mi żal, że je oddała, bo teraz byłoby moje, ale z drugiej nie wiadomo, czy zachowałoby się w domu na Piaskach jako spuścizna po prababce.
Fotografie tego typu zapewne wykonywano wszystkim chętnym, którzy po przybyciu do Ameryki chcieli w ten sposób poinformować swoich krewnych na starym kontynencie, że szczęśliwie dotarli do celu. I mieli na to pieniądze.
Julia siedzi pierwsza z lewej, a obok niej stoi trzyletnia Lola. Nie wiem, kim są pozostałe osoby uwiecznione na fotografii. Pewnie grupowe zdjęcie „wychodziło” taniej i Julka dała się sfotografować z ludźmi poznanymi w czasie dwunastodniowej podróży na statku Rhein, który wyruszył z Bremy w piątek 25. września 1913 roku. Domyślam się, że to Polacy. Jeszcze nie wiedzą, jakie będzie ich życie w Ameryce, ale na pewno z ufnością patrzą w przyszłość. Być może ktoś znowu przypadkiem trafi na mój blog i to zdjęcie i rozpozna swoich przodków. 
W Ameryce, w Buffalo, czekał na Julię mąż, Antoni, który do Nowego Jorku dotarł kilka miesięcy wcześniej – 6 maja 1913 roku. Od sierpnia towarzyszył mu tam już szwagier i kolega z czasów kawalerskich, Jan Cecuga – mąż kolejnej siostry Julii, Anny, która wtedy jeszcze mieszkała w Trzebini, a do Ameryki wyruszyła dopiero w maju 1914 roku.
Dwa miesiące po przybyciu do Ameryki szwagra dołączyła do Antka Julia. Kiedyś dość obszernie o tym pisałam, choć o pewnych faktach wtedy jeszcze nie miałam pojęcia.
Do Nowego Jorku dotarła 7 października i wtedy najprawdopodobniej wykonano to zdjęcie. Pewnie jakiś czas trzeba było poczekać na wykonanie odbitki i dostarczenie jej już pod adres w Buffalo. Bo kartkę Julka napisała dopiero po trzech tygodniach, 27. października.

kartka ze statku 1913 treść.małaWłaściwie z zapisu daty, którą Julia umieściła na samej górze trudno byłoby zgadnąć, że to o październik chodzi, ale jest stempel z Sosnowca, znajdującego się wtedy w – jak to napisała w adresie Julia – „Królestwie Polskim” czyli w Rosji z datą 24.10.1913. To data nadejścia kartki – i nie jest wcale pomyłką, że jest to data wcześniejsza od daty nadania kartki. Wtedy na terenie Rosji obowiązywał kalendarz juliański. Trzeba było doliczyć 13 dni, żeby poznać datę według kalendarza gregoriańskiego, obowiązującego wówczas w większości krajów. Na przykład w USA, ale także w bardzo nieodległej Galicji, należącej do Austrii, gdzie w Trzebini mieszkała cała reszta rodziny.
Czyli kartka dotarła do Czeladzi 6 listopada. Ciągle zadziwia mnie sprawność działania ówczesnej poczty – listy przecież musiały także płynąć statkiem, a adresatka otrzymała wiadomość od siostry po dziesięciu dniach od napisania! Kiedyś sprawdzałam, że najkrótszy rejs na trasie Brema-Nowy Jork trwał wtedy osiem czy dziewięć dni.

„Moja Najdroższa siostro,
donoszę Ci, że szczęśliwie przyjechałam do Ameryki i jestem w Bufalo. Mnie się tu podoba, jest wielkie miasto, tylko mi smutno jak sobie wspomnę o familii, że może już nigdy nie zobaczę i żem Cię nie widziała. Ach, mój Boże jak się musimy rozłączyć, że nigdy się nie spodziewałam, że ja tak będę daleko od was. Ale wiesz, że mąż, ojciec nie chce nikomu pomóc (nie wiem, czy dobrze odczytałam to ostatnie słowo, bo trochę mnie szokuje). Na nic nasze zdolności w naszym kraju. Dziś ten gra kto pieniądze ma. Opisze Ci późni list o mojej podróży.
Żegnam was wszystkich – szwagra, moją Andzię i małego chłopczyka.
Całuję was- ciocia Jula.”
Dopisała jeszcze:„Ach jak mi przykro za moim dzieckiem Kazią w domu” i „To jest fotografia na pokładzie krętu naszego. Czy mnie i Lolcię poznacie?”

Treść tej karteczki potwierdza informację, że Paterkowscy chcieli na stałe osiąść w Stanach. Julka bała się, że już nigdy nie zobaczy „familii”. Ze starszą o jedenaście lat „najdroższą siostrą” chyba się nawet nie pożegnała, bo choć Czeladź jest oddalona od Trzebini zaledwie o jakieś trzydzieści kilometrów, to ponad sto lat temu komunikacja zajmowała trochę więcej czasu i pewnie szykując się do wyjazdu na całe życie Julia miała na głowie mnóstwo spraw do załatwienia. Jak choćby ustalenie, co stanie się z maleńką, niespełna roczną Kazią. Córka Kazi, Rysia,  opowiedziała mi, że Kazia nie popłynęła z matką, bo właśnie była za mała (albo na coś zachorowała), ale plan był taki, że najmłodsza z sióstr – Stasia – za jakiś czas popłynie z nią do Nowego Jorku i ona także ułoży tam sobie życie. A siostra ze szwagrem się o nią zatroszczą. Ale życie miało inne plany dla Stasi, a w konsekwencji dla całej rodziny Paterkowskich. Ale o tym innym razem.
Trochę zaszokowało mnie zdanie, które Julka pisze o swoim mężu: nie chce nikomu pomóc” ??? Czy to miałoby oznaczać, że ona chciała ściągnąć do siebie także Ludwikę, tylko Antoni był temu przeciwny? Może jednak słowo na „p…” pod „sosnowieckim” stemplem oznacza coś zupełnie innego.
Pozdrawia „małego chłopczyka” (to Felek, wtedy miał trzy latka – czyżby zapomniała jego imienia?) i „swoją” Andzię… Być może była chrzestną matką mojej babci? Chyba jednak nie – wtedy dzieci chrzczono tuż po urodzenia, najpóźniej w kilka dni po nim i zdaje się, że we wpisie w księdze parafialnej w języku rosyjskim, którą parę lat temu przeglądałam, jako świadkowie urodzenia Andzi, którzy wraz z ojcem przynieśli ją do Chrztu nosili jakieś nic mi nie mówiące nazwiska – prawdopodobnie byli to sąsiedzi Domagałów z Czeladzi. Zresztą przecież Julka w 1897 roku była za młoda na chrzestną matkę. Miała wtedy dziesięć lat. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że moją babcię i tę jej ciocię dzieliła taka niewielka różnica wieku. Mniejsza niż jej matkę Ludwikę i Julię, a przecież były siostrami.
Julka i Andzia musiały się bardzo lubić. W babcinym pamiętniku jest wpis od „cioci Juli” z 1908 r. Pamiętam ze swojego wczesnego dzieciństwa, że Andzia była z ciocią Paterkowską bardzo zżyta, tak samo, jak dzieci Andzi – moja Mama i wujek Olek.

Wielkie „amerykańskie” plany Antka nie do końca się ziściły, choć Paterkowscy spędzili za oceanem ładnych kilka lat, zanim – dorobiwszy się pewnego majątku – na powrót osiedli w Trzebini, gdzie w 1921 roku od Symy z Zittermannów Flastrowej kupili dom przy ulicy Kościuszki 40, gdzie mieszkali do śmierci.

A kufer, jeden z tych, z którymi wrócili do Polski stoi do dziś w domu ich wnuczki w Cieszynie.

kufer Paterkowskich

Opublikowano stara fotografia, stare dokumenty | Otagowano , , | Skomentuj

Trzy gracje, a wśród nich Lola…

 Przywiozłam z Cieszyna masę zdjęć związanych z Paterkowskimi. Julia Paterkowska, z domu Kołodziejczykówna była młodszą siostrą mojej prababki Ludwiki. Samej Ludwiki nie zdążyłam poznać, Julię – tak. Znałam również jej córki. Kiedyś pisałam już o Antku i Julce. W kontekście tego, czego się dowiedziałam, będę musiała zweryfikować parę faktów, jak choćby długość pobytu Julki w USA. Ich historia jest jeszcze ciekawsza, niż sądziłam.
Wkrótce o tym napiszę, na razie ogarniam, bo to jest niesamowite, ile i jakie (!) pamiątki zachowały się w rodzinnych archiwach, ale póki co m u s z ę podzielić się króciutką, ale przeuroczą historią związaną z jedną z córek Julii – Karoliną, zwaną przez całe życie Lolą. Nota bene: to dzięki niej i jej siostrzenicy, która przechowała pozostawione przez Lolę pamiątki mogę teraz z zachwytem i tą ogromną ekscytacją, dla niektórych niezrozumiałą ;) stąpać po tych wszystkich śladach przeszłości.
 Paterkowscy wrócili z Ameryki na stałe z trzema córkami: Lolą, najstarszą, urodzoną jeszcze w Polsce, oraz Lucią i Zuzią, które przyszły na świat w Stanach Zjednoczonych dopiero w latach dwudziestych (kiedy dokładnie, to jeszcze muszę ustalić, na pewno byli tam dłużej niż sądziłam). W Polsce czekała na nich urodzona w 1912 roku Kazia, którą zostawili pod opieką dziadków – Marianny i Błażeja Kołodziejczyków.
Siostry były urodziwe, nawet pulchna Lucia była pełna uroku, a przy tym stroiły się bardzo, nadążając za najnowszymi trendami mody – bo mogły sobie na to pozwolić.

 

Lola. m                               

Kazia. m 
Lucia. m

Zuzia Paterkowska. m
Chyba najładniejsza była najmłodsza Zuzia, urodzona w 1917 roku. Była też bardzo utalentowana, grała na fortepianie stojącym w domu rodziców, wybierała się na medycynę. Zmarła tuż przed maturą – w lutym 1936 roku. Tłumy na jej pogrzebie pamięta pani Alinka, która wtedy właśnie sprowadziła się do Trzebini.
Paterkowscy przywieźli oczywiście dolary, które przez długi czas pozwalały im na dość dostatnie życie, a córkom zapewniały sporo starających się o rękę. Choć i bez tego pewnie miałyby powodzenie, bo urody i osobowości pannom Paterkowskim nie brakowało. Tej drugiej cechy nie brakowało zwłaszcza najstarszej Loli.

LOla w długiej sukni.m

trzy gracje. małeW wielkanocną niedzielę, 20 kwietnia trzy z sióstr (Zuzia miała wówczas trzynaście lat, więc chyba była za młoda na tę sesję) dały się sfotografować nad jednym ze stawów na Rybnej – w Trzebini oczywiście (ha, w tym momencie zorientowałam się, że cztery dni po zrobieniu tej fotografii przyszła na świat moja mama, która właśnie do Loli była bardzo przywiązana).
Te trzy gracje to kolejno od lewej Kazia, która za pół roku skończy 18 lat, Lucia, wówczas piętnastoletnia i Lola – w grudniu będzie obchodzić dwudzieste urodziny. Na tym zdjęciu Lola jest taka, jaką ją zapamiętałam, choć przecież poznałam ją dopiero kiedy miała prawie sześćdziesiąt lat. Ale od tej dziewczyny aż biją: niezależność, oryginalność, poczucie humoru i świadomość własnej wartości. A przy tym mocne stąpanie po ziemi. Taka właśnie była.
Kiedy wraz z rodzicami przyjechała do Polski, strasznie jej się tu nie podobało. Rodzice kupili dom przy ulicy Kościuszki 40 wraz z drugim budynkiem stojącym w oficynie. Tam zamieszkali ze swoimi czterema córkami. Żeby jeszcze gdzie indziej, ale w takiej pipidówie jak Trzebinia? Tęskniła za Ameryką. Ale nie było rady. W Polsce ukończyła kurs dla modystek – dostałam nawet kilka nakryć głowy wykonanych przez nią. Być może jeżdżąc na zajęcia tego właśnie kursu, a może przy okazji zupełnie innej podróży, na początku lat trzydziestych poznała w pociągu młodego architekta z Chybia Henryka Szołdrę. Bardzo dobrze im się rozmawiało, żartowali,  zresztą Lola była zawsze bardzo towarzyska. Od słowa do słowa opowiedziała mu o „domku czterech dziewcząt” i zaprosiła w odwiedziny, jeśli tylko będzie w pobliżu Trzebini. Henryk wobec faktu, że był już żonaty, wspomniał, że ma młodszego brata Józefa, który ukończył na krakowskiej AGH budownictwo i jest jeszcze kawalerem. I stanęło na tym, że to Józef przyjedzie kiedyś odwiedzić panny Paterkowskie. Lola oczywiście była zachwycona: „Hahaha, może się sobie spodobamy?”
Faktycznie pewnego dnia zapukał do drzwi ich domu. Zapytał, czy tu mieszkają państwo Paterkowscy, po czym się przedstawił. W tym momencie Lola zorientowała się, ze to t e n brat pana Henryka. I chyba nieszczególnie przypadł jej do gustu, bo niby do siebie, ale całkiem głośno wyraziła swoje rozczarowanie: „Uuuuuu, taki mały?!”

Józef okazał się jednak bardzo miłym i sympatycznym człowiekiem, Lola go nawet polubiła, ale wpadł w oko Kazi, a i ona bardzo mu się spodobała i w 1935 roku to właśnie z nią wziął ślub. 

Kazia ślubne m A Lola rok wcześniej poślubiła Karola Kleina z Krakowa, który nie dość, że był odpowiednio wyższy od swej wybranki, to jeszcze mógł iść do ślubu w mundurze, a do mundurów Lola miała słabość szczególną. 

Lola i karol ślubne.m

Opublikowano stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , | 13 komentarzy

Wizyta w Czeladzi i zdjęcie w kapuście – 1933

Pojechałam w sobotę do Czeladzi, żeby spojrzeć na budynek plebanii, gdzie ponad sto lat temu była szkoła, do której chodziła Andzia, pochodzić po cmentarzu, spróbować wydobyć od cioci jeszcze jakieś wspomnienia i pamiątki po mojej prababce Ludwice. A może i o Andzi.
Okna plebanii parafii Matki Boskiej Bolesnej są faktycznie podobne do tych ze zdjęcia, ale nie identyczne. Bo tam gdzie są trzykwaterowe (takie jak na zdjęciu z klasą Andzi) ich rozstaw jest inny niż wtedy. Ale przez ponad sto lat mogło się to zmienić…

1

Czeladź, buynek parafii MBB, kiedyś szkoła

Cóż, może komuś jeszcze uda się stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że to jednak o ten sam budynek chodzi.
Byłam też na Betonowej, gdzie kiedyś mieszkała rodzina Domagałów. Nie wiedziałam dokładnie, który z tych mniejszych domków osiedla, w których teraz mieszkają po cztery rodziny, jest tym, w którym mieszkała moja prababka z dziećmi. Ciocia była pewna, że to ostatni lub przed ostatni budynek, ale potem przeglądając „skarby” przywiezione od niej znalazłam na jednej z pocztówek adres: Betonowa 30, zatem chodzi o trzeci od końca dom. Ten, który ma teraz dobudowany taki niby ogródek piwny.

Czeladź betonowa 30To własnie tutaj mieszkała Andzia, kiedy była narzeczoną Sieroży. To najprawdopodobniej także tu mieszkała moja prababka Ludwika ze młodszym o 18 lat drugim mężem, Konstantym. Dom na Piaskowej zbudowała już po rozstaniu z nim.

Przy okazji obejrzałam też wiele innych, pięknych i zabytkowych miejsc, jak choćby stare osiedla robotnicze, z budynkami zupełnie innymi niż śląskie familoki. Chciałabym jeszcze wiedzieć, gdzie był dom rodzinny Sieroży. No bo udało się ustalić, że mieszkał na Piaskach. Może są jakieś stare spisy, gdzie figurowałby adres jego rodziców – Julii i Antoniego Mirowskich.

Udało mi się namówić Ciocię, żeby wobec faktu, że ciągle nie może znaleźć świadectwa mojej prababki ze szkoły dla akuszerek, którą przecież jeszcze w XIX wieku ukończyła („a było gdzieś na pewno!”), sprawdziła, czy nie ma jakichś innych pamiątek z przeszłości. Pudło ze zdjęciami, które mogłam przejrzeć dostarczyło mi tyle „materiału faktograficznego”, że będzie o czym pisać przez najbliższe tygodnie.
Pierwsza perełka to zdjęcie naszego ogrodu z początku lat trzydziestych. Fotografia dla mnie chyba najbardziej wzruszająca, bo zupełnie mi wcześniej nieznana, a dotycząca miejsca, gdzie żyję, tyle że przed ponad osiemdziesięciu laty. No i mama tam jest – taka malutka, tak niewiele mam zdjęć z nią w tym wieku.

przed domem 1933

Zrobiono ją w ogrodzie – Andzia z małą Jasią siedzą w …kapuście??? No tak to wygląda. I to wyjątkowo dorodnej.  Nieco dalej, po lewej przykucnął Julek. Jasia może tu mieć najwyżej trzy latka, jest zatem rok 1933. Julek w październiku skończy 13 lat. Każde nowo odkryte zdjęcie Julka to dla mnie prawdziwy rarytas, bo wszystkie jego podobizny mogę policzyć na palcach obu rąk.
Widoczną po lewej stronie przybudówkę zbudowano w 1932 roku. Ma tu jeszcze taki ładny gzymsik, teraz niestety przykryty warstwą styropianu. Okna w przybudówce, takie jak na tej fotografii, „nieotwieralne”, z jednej warstwy szybek zamontowanych w metalowym rusztowaniu, były jeszcze jakieś 25 lat temu. To także za ich przyczyną było tam zawsze „zimno jak w psiarni” – a przecież było tam pomieszczenie, które do dziś nazywamy łaźnią. Zaś okna w głównej części domu jeszcze dwukwaterowe, takie bielutkie – pewnie przy okazji remontu świeżo pomalowane. Ich zewnętrzna część otwierała się do ogrodu. Przy ścianie między jednym z okien jadalni a oknem korytarza stoi motor. Dziadkowy? Pewnie tak. Skoro miał autobus,to czemu miałby nie mieć motocykla?  To chyba właśnie dziadek Jan stoi po drugiej stronie obiektywu i uwiecznia swoją rodzinę w ten ciepły letni czas (czy dobrze mi się wydaje, że Jasia mimo wyraźnego upału ma na sobie coś w rodzaju płaszczyka?). Rosnące pośrodku drzewo to grusza, już jej nie ma, która rodziła jedyne w swoim rodzaju owoce. Jej gruszki nie miały wydłużonego kształtu, były raczej okrągłe, a kiedy bardzo dojrzały, miąższ przypominał w swej konsystencji gotowanego sypkiego ziemniaka. Widoczne za gruszą drągi to muszą być podpory rosnącej tam zapewne fasoli. Miała tam doskonałe miejsce – słoneczne. A i studnia była blisko, jakby trzeba było podlać. To ta studnia, do której wieka za jakiś czas Jasia przybije ogromnym młotkiem drewniane mebelki, które dostanie w prezencie od swojego taty.
Chyba byli szczęśliwi. A na pewno jakoś spokojni i bezpieczni. Taka mała stabilizacja. W końcu mieli s w ó j dom i to dom z ogrodem. Skończyli jego przebudowę. Andzia miała znowu córeczkę, to na pewno jakoś łagodziło ból po utracie Olusi. Dobrze im się powodziło. Choć dziadek po wypadku nie pracował już w kopalni Artur. Ale miał autobus. Za trzy lata mieli otworzyć swój Chrześcijański Sklep Galanteryjno- Bławatny. Nawet im do głowy nie przyszło jak krótkotrwała to stabilizacja. Choć był to rok, kiedy Hitler doszedł do władzy, chyba mało kto zdawał sobie sprawę, jakie konsekwencje będzie to miało dla Polski.

Mniej więcej w tym samym czasie zrobiono dwa inne zdjęcia, które kiedyś już pokazywałam.

Oprócz Jasi, Andzi i Julka są tu jeszcze dwie Ludwikai: matka Andzi i kuzynka Lucia, córka Antka Paterkowskiego, urodzona podczas ich pobytu w USA. Ma tu mniej niż 20 lat.

Jasia_okolo_1934_z_Wickiem_PtakiemTu Jasia z tatą (chyba, bo trochę za poważnie wygląda, choć bardzo podobny; ale kto inny mógłby to być?) i słynnym Wicusiem Ptakiem (mężem wymienianej później w sklepowym zeszycie Andzi „pani Wicusiowej”). Jakie były jego związki rodzinne z nami (bo podobno były) miał mi opowiedzieć wujek Mundek. Nie zdążyliśmy o tym pogadać…

Zaledwie dziesięć lat później dom i studnia posłużą jako tło do zdjęcia Weberom z Radautz, którzy obejmą w posiadanie nasz dom, podczas gdy Andzia, Jan, Jasia i mały Olek, który urodził się w 1935 roku znajdą się w obozach na terenie Czechosłowacji, a potem Niemiec. Ale wrócą. Julek nie będzie miał tyle szczęścia.
I już nigdy nie będą szczęśliwi, tak jak wtedy w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim…

Niemcy

Opublikowano stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , | 4 komentarzy

Wizyta w Chełmie – 2016.

Znowu byłam w Chełmie. Jak rok temu. Bardzo mnie ciągnie w tamte strony. Bo ciągle mam nadzieję, że jeszcze coś uda się znaleźć, czegoś dowiedzieć, porozmawiać z kimś. Mimo, że tak naprawdę nie ma już nikogo, kto byłby „łącznikiem” z Sierożą, który stał się tak ważną częścią mojego życia.
Niektórzy, tak jak jedna z moich znajomych, dziwią się, że po tym, jak odkryłam, że to on porzucił swoją narzeczoną, moją babcię Andzię, nadal tropię jego ślady i tak jestem nim zafascynowana. Ale jakże mogłoby być inaczej? Dla mnie nie ma znaczenia, że ich miłość się skończyła (a może wcale nie?), ale że BYŁA. I że była taka ważna, że Babcia zza grobu „zmusiła” mnie, bym go odnalazła.
Gdyby nie on, pewnie nigdy nie pojechałabym w tamte strony. A teraz, przyjechawszy tu po raz drugi, czułam tak ogromną radość, jakbym wracała w „swoje” strony.

chełm widok z Kameny

 

kościół Rozesłania Ap. Chełm

Od razu m u s i a ł a m pobiec do kancelarii kościoła pw. Rozesłania Apostołów. To stamtąd wyruszyłam rok temu szukać chełmskich śladów Sieroży. Pan organista, pierwszy z tych życzliwych ludzi, których można tu spotkać na każdym kroku, pamiętał mnie. Ucieszył się, że tyle udało mi się dowiedzieć. Podpowiedział jeszcze kilka rzeczy. Znaleźliśmy też wpis o śmierci matki Marii, żony Sergiusza. Zmarła na początku września 1945 roku. Maria już wiedziała wtedy, że jej mąż nie wróci z wojny, zginął też brat (jest na liście katyńskiej), ojciec nie żył od dawna. I chyba nie było żadnej innej rodziny. Spotkałam się z panią Jolą, która znała Halusię i ona opowiedziała mi, że na pogrzebie poza znajomymi z pracy była tylko siostra – Danusia. Zupełnie nikogo już nie miały.
A przecież Sieroża miał dość liczne rodzeństwo, dziwne, że z nikim nie utrzymywały kontaktu. Może z powodu odległości, bo prawdopodobnie wszyscy zostali na Śląsku lub w Zagłębiu. Ciągle więc może się jeszcze okazać, że ktoś z tych dalszych krewnych trafiwszy na mój blog przypomni sobie o spoczywającej na dnie szuflady fotografii przystojnego legionisty i skojarzy go z „moim” Sierożką…
   Kiedy rok temu trafiłam na wpisy w księgach parafialnych, najpierw o ślubie, a potem o chrztach córek Sieroży, za każdym razem wiek jego żony podawany w tych zapisach budził wątpliwości. Co prawda przy ślubie w 1920 podano, że panna młoda miała 24 lata (tyle, co jej narzeczony), ale przy chrzcie urodzonej siedem lat później Halusi miała … 22 lata! Rok później, kiedy chrzczono Danusię miała już 29 lat. Na jej nagrobku podano, że zmarła w roku 1973, w wieku 73 lat.

bazylika z wieży.m
Udało mi się w końcu dotrzeć do jej aktu zgonu – w kancelarii na Górce Katedralnej.

akt zgonu Marii a. male akt zgonu Marii b. male

Okazuje się, że była rok starsza od Sieroży. A ponad dwa lata od Andzi.

Zmarła na nowotwór w sierpniu – tak jak jej mąż, w trzydzieści dwa lata po jego śmierci. W chwili śmierci miała więc 78 lat, a nie 73 jak to napisano na pomniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z tych wcześniejszych dokumentów zgadza się tylko wiek podany w akcie ślubu – że w lipcu 1920 roku miała 24 lata (choć rocznikowo to już właściwie 25; jeśliby liczyć w analogiczny sposób, to Sieroża miał wtedy 23 lata). Kiedy urodziła Halusię miała prawie 32 lata, Danusię – 33. Może miała jakiś kompleks, stąd to wieczne zatajanie prawdziwego wieku? 
Jedna ze znajomych Halusi, pani Jola, opowiedziała mi uroczą anegdotkę. Halusia,w czasie kiedy pracowała w ChaDeKu, miała wtedy około 60 lat, nie wiadomo czym powodowana zawsze starała się „odmłodzić” Danusię (która była przecież zaledwie rok młodsza od niej). Kiedy ktoś przyniósł do biura jakiś ciuch –  do sprzedania, czy pokazania, wyrażała swoje zainteresowanie (choć sama najczęściej ubierała się w ciemną plisowaną spódnicę i jasną bluzeczkę) i mówiła: „No, mnie to by już nie pasowało, ale dla takiej czterdziestki jak Danusia, to mogłoby być.” Robiła to tak skutecznie, że właściwie dopiero kiedy Danusia zmarła, wszyscy dalsi znajomi poznali jej prawdziwy wiek.

Halusia Mirowska                                                Halusia podczas jednej z wycieczek zakładowych – lata 80′                          
              Byłam w bibliotece, gdzie rok temu udało mi się zainteresować historią Sieroży panie pracujące w czytelni. Zupełnym przypadkiem miała tam tym razem dyżur jeszcze jedna znajoma Halusi – pani Maria, która przysłuchując się mojej rozmowie z towarzyszącą jej koleżanką nieśmiało zapytała, czy to o Halusię Mirowską chodzi. Niemal spijając każde słowo z jej ust dowiedziałam się kilku drobiazgów o siostrach. Drobiazgów, które składają się na obraz ich życia.

Po pierwsze obie były niezwykle sceptyczne w stosunku do mężczyzn. Potwierdziła to też potem pani Jola. Danusia poznała kiedyś w sanatorium (dokąd jeździła w związku z postępującą chorobą stawów) pewnego mężczyznę. Znajomość była na tyle zażyła, że nawet planowała ślub, ale Halusia „wszystko rozgoniła”. Bo miał za duże, czy za czerwone dłonie. I nie byłby dobrym mężem.
Dowiedziałam się też, że tuż po wojnie, zdaje się, że mieszkały wtedy jeszcze na Reformackiej, dziewczynki razem ze swoją mamą miały osobliwy, ale piękny zwyczaj: w Wigilię wychodziły przed dom i częstowały przygotowanymi wcześniej potrawami, przede wszystkim tych, którzy byli od nich ubożsi.

20 m
Halusia bardzo ciepło wspominała ojca – matkę raczej nie. Podobno dało się wyczuć, że ich wzajemny stosunek nie był szczególnie serdeczny. Była też dumna z tego, że ojciec był przedwojennym wojskowym. Jeździły na Powązki Wojskowe na grób ojca, przy okazji odwiedzając też grób jakiegoś Jureczka. Niestety pani Maria nie wie, kim był Jureczek.
Z kolei pani, która rok temu pozwoliła mi skopiować stare zdjęcia Mirowskich przypomniała sobie jeszcze, że Danusia opowiadała, że po wrześniu „strasznie czekały na ojca”. I że w czasie, kiedy już przebywał w Szpitalu Ujazdowskim jego żona Maria najprawdopodobniej raz go tam odwiedziła. Pewnie były też  jakieś listy ze szpitala, może ze stalagu, ale niestety nie ma po nich śladu. Prawdopodobnie przepadły w czasie licznych przeprowadzek po wojnie. Szkoda…

       Udało mi się też dotrzeć do pani Zofii, sąsiadki sióstr, która od niemal pięćdziesięciu lat mieszka na 1 Pułku Szwoleżerów. W każdym razie mieszkała tam już wtedy, kiedy żyła jeszcze żona Sieroży. Oczywiście, że ją pamięta. Ulica nosiła wtedy nazwę Odrodzenia Wojska Polskiego. Pięknie mi opowiadała o  przeszłości, przede wszystkim swojej, ale to nie był dla mnie stracony czas. O tym, że urodziła się i mieszkała w Marysinie, a do szkoły chodziła do Rejowca (który swą nazwę zawdzięcza założycielowi – Mikołajowi Rejowi). Do tego Rejowca miała siedem kilometrów – zimą wraz z kilkorgiem innych dzieci jeździła do szkoły na nartach. W Chełmie bywała przed wojną z rodzicami na zakupach: „Cała Lwowska była żydowska – same sklepy”. W Rejowcu Żydów było jeszcze więcej. Miała żydowskich nauczycieli w szkole i wiele koleżanek Żydówek; niektóre z nich zapraszały ją do siebie z okazji żydowskich świąt. Bo generalnie we wspomnieniach pani Zofii relacje polsko-żydowskie były bardzo poprawne.

P. Zofia Otrębowska - Rzeźniak sąsiadka sióstr

Piękna, elegancka, prawie dziewięćdziesięciotrzyletnia pani o jasnym umyśle i doskonałym wzroku. Zachwyciła ją historia Andzi i Sieroży. Pokazałam jej na komórce zdjęcia. Podpisy czytała szybciej ode mnie. Bez okularów. 

Zapamiętała matkę Danusi i Halusi jako osobę zamkniętą w sobie, trochę wyniosłą, sprawiającą wrażenie bardzo wykształconej. Żaden kawaler z otoczenia córek nie był odpowiedni, by zostać jej zięciem. Podobno swego czasu Halusia była bardzo zauroczona pewnym mężczyzną, ale matka skutecznie wybiła go córce z głowy, bo … był kierowcą i „nie pasował do nich”. Pojawiali się jeszcze inni, ale też ze zbyt marnym wykształceniem jak na aspiracje pani Mirowskiej. Pewnie stąd wzięło się nastawienie samej Halusi do tego „problemu” i dlatego i ona nie pozwoliła młodszej siostrze ułożyć sobie później życia z żadnym mężczyzną.
Pani Zofia potwierdziła, że siostry codziennie chodziły na mszę do Bazyliki na Górce. Musiały po drodze mijać to piękne zabytkowe osiedle, Nowe Miasto, które i ja mijałam biegnąc na spotkanie z nią.

Chełm Nowe Miasto chełm osiedle Nowe Miasto.m

Żałuję, że nie miałam czasu, żeby zostać dłużej. Nie chciała mnie wypuścić. Może jeszcze kawka? No i obowiązkowo pomadeczka na drogę. Obiecałam, że jeszcze przyjadę. A ja zazwyczaj dotrzymuję słowa. 

Spróbowałam jeszcze dostać się do mieszkania na Reformackiej 6. Bo w lokalu pod piątką nadal nikt nie mieszka – tak jak rok temu. A jest to mieszkanie komunalne. Za radą pani Joli poszłam więc do Wydziału Infrastruktury przy Urzędzie Miasta. Odesłano mnie stamtąd do Przedsiębiorstwa Usług Mieszkaniowych. Okazało się, że w mieszkaniu nadal formalnie figurują jako lokatorzy synowie pani, która zmarła około dziesięć lat temu. Ale tam nie mieszkają, a sprawa najmu jest nieuregulowana. W każdym razie kluczy nie oddali. I wejść się nie da.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zaginęła też stara dokumentacja budynku, na podstawie której dokonywano parę lat temu rewaloryzacji elewacji tej pięknej kamienicy. Udało mi się tylko dowiedzieć, że całe mieszkanie ma powierzchnię nieco ponad 46 m2 i składa się z jednego dużego pokoju – ponad 30 m2 – i kuchni. I że przed wojną ubikacje były wspólne – na parterze.

Podobno okna przedwojennego mieszkania Sieroży nie wychodzą jednak na „figurkę”, jak określono stojącą na wysokim cokole postać Matki Boskiej, czyli na ulicę Podwalną, lecz na szkołę przy Reformackiej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
To jest dość dziwne. Logiczne wydaje się, że jednak, tak jak myślałam wcześniej, Sieroża mógł wyglądać z okna na Podwalną, potwierdziła to nawet jedyna sąsiadka, którą zastałam, ale ona mieszka tam od niedawna, więc pewności nie ma.
Niby mało istotne, ale chciałabym wiedzieć. Może kiedyś uda mi się tam zaglądnąć i sprawdzić. Bo pewnie tam jeszcze pojadę.

chełm panorama

 

bayzlika z bramy

 

chełm cerkiew

Opublikowano Chełm | Otagowano , , | Skomentuj

Starowiślna 39 m.4

13695940_1233703106662013_301148153_n

No więc pojechałam tam.
Na Starowiślną 39, gdzie we wrześniu 1945 roku mieszkała pod czwórką Barbara Gołębska, która w więzieniu w Miechowie spotkała Julka i potem szukała z nim kontaktu.
13706095_1233702386662085_1706245828_n Być może przez tę bramę w 1945 roku wchodził dziadek Jan, żeby potem schodami po lewej wejść na pierwsze piętro i porozmawiać z Barbarą, próbując  znaleźć jakiś trop, który pomoże mu odszukać syna. Albo dowiedzieć się czegokolwiek o Julku, „przytulić” ożywioną w pamięci jego postać.  Myślę, że na pewno tam był. Zwłaszcza, że pracując w tym czasie jako kierowca PKS na trasie Kraków- Wrocław bywał często w tym mieście. A i sama trasa też raczej nie była przypadkowa. Bo i we Wrocławiu dziadek szukał Julka.

13695187_1233702856662038_1998958066_n
Tak, jak się spodziewałam nie znalazłam ani pani Barbary (która musiałaby być naprawdę wiekową osobą), ani nikogo, kto by ją pamiętał. Ale musiałam to sprawdzić. Dowiedziałam się za to, że jeszcze jakieś cztery lata temu pod tym adresem mieszkali państwo Skąpscy. Stara pani Skąpska, matka głównego najemcy była córką Włodzimierza Tetmajera. Tego Tetmajera, który ożenił się z Anną Mikołajczykówną z Bronowic, gdzie gościem bywał Lucjan Rydel, którego z kolei wesele z siostrą Anny Jadwigą stało się kanwą dramatu Wyspiańskiego. Niezwykłe, prawda?

Barbara Gołębska prawdopodobnie wynajmowała  w 1945 roku pokój u Skąpskich. Dziś już się tego nie dowiem. Znowu spóźniłam się o parę lat, bo pani Skąpska zmarła w 2009 roku w wieku 98 lat.drzwi
Mieszkanie numer 4 stoi puste. Ktoś nawet chciał wynająć, ale cena czynszu i koszt remontu były dla niego zaporowe. Czynsze w ostatnich latach bardzo wzrosły za sprawą ustanowionego przez sąd kuratora potencjalnego spadkobiercy, który jest poszukiwany.  Ogromne są też koszty ogrzewania wysokich na 3,80 m mieszkań. Lokatorzy, których nie stać na ten wydatek już otrzymali nakaz eksmisji. Tak, jak mój rozmówca, który opowiedział mi także swoją historię. O próbie odzyskania odszkodowania za pozostawioną we Lwowie kamienicę należącą do jego ojca i o dworze w Komarnie. I o szlacheckich korzeniach i dokumentach w Bibliotece Jagiellońskiej datowanych na 1640 rok potwierdzających ten fakt. I o rodowym herbie Trzaska.
Pojechałam więc nie na darmo, bo ja przecież uwielbiam słuchać takich opowieści…
A jeśli jeszcze przy okazji mogę zrobić zdjęcia tych zaczarowanych miejsc na krakowskim Kazimierzu, które są takie same, niezmienne od lat, to czuję, że naprawdę dotykam historii.

13672211_1233702443328746_84554381_n13695932_1233702516662072_1261002248_n 13735253_1233702826662041_479047472_n 13735311_1233702323328758_1590508826_n

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Julek, raz jeszcze

Szukając świadectw Mamy związanych ze zmianą przez nią szkoły średniej znalazłam list, o którym kiedyś wspominałam. Świadectwa też są, wkrótce o tym napiszę.
Kiedy mój dziadek pisał swój testament , wierzył, że jego najstarszy syn jeszcze się odnajdzie. Jedna z moich czytelniczek poprosiła przy okazji tego wpisu, żebym jeszcze coś napisała o losach Julka, a ja zdając sobie sprawę, że raczej nic nowego nie uda mi się ustalić obiecałam uporządkować wszystko to, co wiem o tej – niezwykłej dla mnie – postaci.
Napisałam „niezwykłej” i natychmiast zdałam sobie sprawę, że ktoś może mi zarzucić, że popełniam nadużycie. Bo tak naprawdę co niezwykłego zrobił w swoim krótkim życiu? Nawet nie walczył w obronie Ojczyzny w 1939 roku, choć miał wtedy prawie 19 lat. Pewnie miało to jakiś związek z jego „zwolnieniem z ćwiczeń cielesnych” w okresie gimnazjum, choć na pierwszy rzut oka był zupełnie sprawny fizycznie. Mama nigdy nie wspominała o jakichś jego niedomaganiach, krewni, którzy go pamiętają mówią, że był wysokim, przystojnym chłopakiem. Więc nie wiem… Za jego „niezwykłością” nie mogą też przemawiać wyniki w nauce. Pamiętam, jaka byłam zdezorientowana oglądając jego świadectwa gimnazjalne ; moja Mama zawsze wyrażała się o nim jak o wyjątkowo inteligentnym człowieku, a tu taki klops… Chyba był takim trochę …lawirantem.
Mimo to jednak przejęłam od Mamy tę ogromną sympatię do mojego nieznanego wuja i odkrywanie kolejnych kart jego historii było dla mnie niesamowitym przeżyciem, a on sam – tak, mimo wszystko – jest dla mnie postacią niezwykłą.
Urodził się 20 października 1920 roku w Sierszy, gdzie jego tata, mój dziadek Jan mieszkał i pracował jako szofer – mechanik w Sierszańskich Zakładach Górniczych, konkretnie w kopalni „Artur”. Dziadek był posiadaczem jednego z pierwszych w wolnej Polsce prawa jazdy, zwanego wówczas „Świadectwem uzdolnienia” i tym samym jednym z pierwszych „kierowników samochodów”. Mamą Julka była pierwsza żona dziadka, Anna Randee, Francuzka, arystokratka, potomkini mennonitów, przywieziona przez dziadka z Astrachania, gdzie sam spędził kilka lat, zanim postanowił uciekać przed bolszewikami i ratować przed nimi również Annę, którą poślubił w 1913 roku, co udało mi się odkryć dzięki „tajnemu współpracownikowi”, który przejrzał dla mnie astrachańskie archiwa. Historia związana z Anną też jest niesamowita; jeśli kogoś to zainteresuje, polecam wpisać w wyszukiwarce na blogu (w prawym górnym rogu): „Anna Randee” i prześledzić moje „śledztwo” w jej sprawie.
anna_i_jan_do_bloga
Julek urodził się w dwa lata po ucieczce rodziców z Rosji, a po półtora roku przyszła na świat jego siostrzyczka Ania. Jej matką chrzestną została Andzia, moja babcia, która – co także udało mi się odkryć – została wcześniej przyjaciółką Anny. Były w podobnym wieku, na pewno się mogły polubić. Jan był kuzynem, a właściwie wujem Andzi (dlatego się poznały), a ona sama … przeżywała właśnie odejście ukochanego Sieroży, który – zawodowo i rodzinnie postanowił związać swoją przyszłość z Chełmem.
Niewykluczone, że Andzia bywała z Nowakami na sławetnych balach w sierszańskim Sokole, czy w kasynie urzędniczym. Na jednym z tych balów żona Jana bardzo się przeziębiła. Jej malutka córeczka też wtedy ciężko zachorowała.
Mała Ania zmarła w maju 1923 roku, w wieku piętnastu miesięcy, a wkrótce po niej jej mama, którą Andzia pielęgnowała przez kilka ostatnich miesięcy życia, przeniósłszy się na ten czas z Czeladzi do Trzebini. Wtedy opiekowała się też dwuipółletnim Julkiem. Bo Jan przecież musiał pracować.
Po śmierci Ani i Anny została w Trzebini, a po pięciu miesiącach, 10 listopada 1923 roku poślubiła Jana i tym samym stała się mamą dla Julka.

Andzia_z_Dziecmi

OLYMPUS DIGITAL CAMERA


Bardzo go kochała i zawsze traktowała jak własne, a nie przybrane dziecko.
Na zdjęciach powyżej jest też Olusia, córeczka Andzi i Jana, urodzona dziewięć miesięcy po ślubie, która zmarła w wieku niespełna czterech lat.

 

W 1930 roku przystąpił do Pierwszej Komunii Św. – w kościele w Krystynowie.

KOmunia

 

Wtedy miał już siostrzyczkę – Jasię, moją Mamę, która przyszła na świat miesiąc wcześniej. Po pięciu latach urodził się Olek.

chrzciny Olka

Julek w latach trzydziestych był uczniem Gimnazjum Męskiego w Chrzanowie.Potem Koedukacyjnego w Oświęcimiu.

Julek gimnazjalistaNie był wybitnym uczniem, czego dowodem są świadectwa, o których wspominałam. Ale zawsze przy okazji tych jego mało spektakularnych wyników w nauce myślę o tym, że i ówczesne wymagania musiały być dużo wyższe, bo po lekturze jego zeszytów wiem, że dziś byłby uczniem co najmniej dobrym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W czasie okupacji Julek przez jakiś czas  (od 1941) pracował w Breslau; dzięki temu uniknął wysiedlenia i wywózki do obozu w 1942 roku.

JUlek Breslau

Przeżywał swoje miłości (i romanse) – zachowały się listy od Maśki Bryndzkiej, z którą, zdaje się, łączyło go to drugie i od Haneczki- Niusi Pieczonki, z którą planował ślub…
Kiedy rodzice i rodzeństwo byli już w obozie we Frysztacie, a potem w Boguminie przyjeżdżał do Trzebini i pewnie patrzył na dom, w którym mieszkali już Weberowie – umsiedlerzy z Bukowiny, którym przydzielono ten adres. Po drugiej stronie ulicy był dom wujenki Kołodziejczykowej i pewnie u niej mógł wtedy nocować. Bywał też w Czeladzi u babki Ludwiki i u wuja Felka. Zawsze miał ze sobą jakąś kontrabandę, najczęściej tytoń, a to było bardzo ryzykowne.
Prawdopodobnie został złapany podczas jakiejś łapanki w Krakowie w 1944 roku (Andzia miała skądś tę informację i podawała ją szukając syna przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, ale ta data nie jest sprawdzoną informacją). Zaświadczenie o zatrudnieniu mogło być dla niego przepustką do wolności, chyba że … miał przy sobie coś, czego mieć nie powinien.
Przewieziono go do więzienia w Miechowie. Tam właśnie poznał Barbarę Gołębską, która szukała go początkiem września 1945 roku. Prawdopodobnie przez kogoś, kto jechał do Trzebini, znając tylko nazwisko ojca Julka, podała list z prośbą o kontakt.

List o Julku adresat

List o Julku a 1945
„Łaskawy Panie!
Jeżeli to możliwe to proszę o wiadomość o Synu Pana, p. Julianie Nowaku, który był przez trzy tygodnie moim towarzyszem niedoli w więzieniu w Miechowie. Został potem przewieziony do więzienia w Królewskiej Hucie.
O ile Pan Julek jest już w domu to niech sam do mnie napisze. Do 15 września będę w Zakopanem pod adresem: ul. Kasprusie, willa „Zawrat”. Potem wracam do Krakowa, gdzie adres mój jest: ul. Starowiślna 39 m.4
                                               Barbara Gołębska”

Jak przez mgłę pamiętam, że mama coś opowiadała, że kontaktowali się z tą panią, ale oczywiście wtedy niczego więcej się od niej nie dowiedzieli.
Pod koniec lat 80′, Olek, młodszy brat Julka po wieloletnich poszukiwaniach w różnych archiwach uzyskał odpis aktu jego zgonu.

akt zgonu Julka a
akt zgonu Julka b

 

Teraz widzę, że musiał być jeszcze jakiś dokument stwierdzający śmierć Julka, bo pamiętam, że było tam napisane: „zastrzelony podczas próby ucieczki”. Muszę poszukać…
Jest jeszcze jedna zagadkowa dla mnie rzecz. Olek zrobił skan koperty z adresem do Julka (oryginału chyba nigdzie tu nie mam).

koperta listu do Julka do więzieniaO ile już wcześniej wiedziałam, że w obozie 4923 w Królewskiej Hucie (czyli w Chorzowie) przebywał w 1943 roku ( kartka do Jurka Bryndzkiego i pozdrowienia do jakiegoś Ullego), to ta koperta jest dla mnie zupełną zagadką. List wysłano z  B r es l a u 13 ma ja 1943 roku na adres obozu,a charakter pisma jest niezwykle podobny do dziadkowego. A przecież dziadek był wtedy w obozie we Frysztacie.
Szkoda, że nie ma tego listu. Może był w domowym archiwum wujka Olka, ale tyle osób pomagało mi w uporządkowaniu mieszkania po jego śmierci i tyle było tam pracy, że trudno teraz zastanawiać się nad tym, czy ktoś przypadkiem nie uznał, że jest to mało wartościowa makulatura i po prostu nie wyrzucił do śmieci. Treść listu mogłaby pewnie wiele wyjaśnić.
Informacja podana przez Andzię, że aresztowano go w 1944 też może być nieścisła. Bo to by oznaczało, że w Królewskiej Hucie był więziony dwukrotnie. Ale z drugiej strony ta korespondencja z 1943 roku jakoś się u nas znalazła, choć wcale nie była wysyłana na trzebiński adres. Więc to możliwe – w Królewskiej Hucie, czyli w Chorzowie był dwukrotnie. I wcale nie musiało to być to samo miejsce: w 1943 Gemeinschaftslager, a potem więzienie…
Teoretycznie Barbara Gołębska ze Starowiślnej 39 w Krakowie może jeszcze żyć…
Spróbuję to sprawdzić.

 

Opublikowano czas tuż po wojnie, stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , | 5 komentarzy

Kalendarz 1946

Pomiędzy tymi tużpowojennymi zeszytami przechował się też kalendarz Rycerza Niepokalanej na rok 1946. Ten rok, w którym Jasia zaczęła się uczyć w Seminarium w Mysłowicach i kiedy Andzia napisała list o  tym, jak ciężko im się żyje po wojnie.
Właściwie miałam go odłożyć, bo wydał mi się mało interesujący. A jednak, kiedy go przejrzałam, doszłam do wniosku, że i on jest dokumentem tamtych czasów pozwalającym jakoś poczuć tamtą rzeczywistość sprzed siedemdziesięciu lat.
Cieniutki zeszyt- 54 strony, właśnie zeszytowego formatu, wydany na dość podłym gazetowym papierze. Za to grafika na okładce, gdy się jej bliżej przyjrzeć – prawdziwa perełka.

Rycerz Niepokalanej

Co prawda orzeł nie ma korony, ale … na jednej z wstęg opasających  glob u  stóp Maryi, obok takich napisów jak Oświęcim, Dachau, Majdanek, Buchenwald, Warszawa widnieje również Katyń! W w 1946 roku był to wyraz dużej odwagi redakcji. 
Na kolejnych stronach kalendarza znajduje się między innymi skrócona historia II wojny światowej. Bardzo przydatna w tamtym momencie, bo to był przecież czas, kiedy ci, którzy przeżyli okupację, zwłaszcza młode pokolenie, dopiero układali sobie tę wiedzę, różne fakty. A w kalendarzu jest mowa i o bitwach pod Lenino i pod Budziszynem, ale i o Monte Cassino (gdzie „niezdobytą twierdzę kolejno szturmowały  wojska amerykańskie, kanadyjskie, francuskie – na próżno. Polacy zaś, przygotowawszy się do ataku spowiedzią i Komunią św, przebijali się wśród zgliszcz i gruzów, w dymie ziejących dział. I zdobyli (…). A bohaterstwo polskiego żołnierza spod Monte Cassino stało się legendą na całym świecie, piękniejszą jeszcze niż legenda Samosierry i Legionów Dąbrowskiego„), i o Powstaniu Warszawskim (gdzie „powstańcy z AK i AL okazali niesłychane męstwo” i gdzie „padł kwiat młodzieży warszawskiej„), o inwazji aliantów w Normandii,  o zastosowaniu radaru i bomby atomowej i o odkryciach medycyny („Nagrodę Nobla za r. 1945 przyznano trzem profesom angielskim – Fleming, Borys Chaim, Florey – za odkrycie potężnego środka bakteriobójczego, zwanego penicyliną” która „stanie się błogosławieństwem dla ludzkości” ale też – dla równowagi, albo raczej poprawności politycznej „wybitnie rozwinęła się medycyna radziecka. Dr Niegowskiemu udawało się przywracać do życia ludzi, którzy byli w agonii, a nawet których uznano już za zabitych„).
Kalendarz podaje także bilans zysków i strat „w związku z odzyskanymi ziemiami i stratą województw wschodnich”.

Rycerz Niepokalanej 4Jest też kolaż zdjęć zniszczonej Warszawy.

Rycerz Niepokalanej 3

I wiersz – modlitwa żołnierzy polskich w Anglii. Też zdaje się nieco ryzykowny.

Rycerz Niepokalanej 2Kilka artykułów, między innymi o bohaterskim, beatyfikowanym czterdzieści lat później, biskupie Michale Kozalu, praktyczne rady dla gospodyń (jak poznać fałszywe produkty, jak tępić pasożyty), porady lekarskie (na przykład o opatrywaniu ran ciętych, kłutych i szarpanych), wykaz dni świątecznych. Wtedy, oprócz sześciu obecnie nakazanych świąt, obowiązek uczestnictwa we Mszy św. był w dniu śś. Ap. Piotra i Pawła oraz  (29 czerwca) oraz w Niepokalane Poczęcie Najświętszej Marii (8 grudnia). W sieci znalazłam informację, że nie były to jednak wówczas dni wolne od pracy. Nawet 15 sierpnia był dniem wolnym dopiero od 1951 roku (ale tylko do 1960), a Trzech Króli  od 1952  - choć akurat wtedy wypadło to w niedzielę (i też tylko do 1960). Powrót tych świąt do kalendarza zawdzięczamy dopiero ostatnim latom.
Przy okazji odkryłam, że Dzień Zwycięstwa – 9 maja – obchodzony od 1946 zniknął z kalendarza w roku 1951.

Ten nasz domowy egzemplarz jest pozbawiony jakichś zapisków czy notatek na marginesie, jak to się czasem czyni w kalendarzach. Tylko w jednym miejscu postawiono krzyżyk. Pewnie ręką Andzi.

Rycerz Niepokalanej117 listopada zmarł dziadek, 19 odbył się jego pogrzeb.

Opublikowano Trzebinia dawniej | Otagowano , | 9 komentarzy

Jasia: nadrabianie braków w edukacji 1945-1946

W pierwszym powojennym roku Jasia musiała nadrobić całą edukację szkoły podstawowej. Miała skończone piętnaście lat, a naukę przerwała na poziomie piątej klasy, kiedy w 1942 roku z całą rodziną została wywieziona do obozu. Zresztą nauka i w tej piątej klasie odbywała się w oparciu o ogromnie okrojony przez okupanta program.
Z tego pierwszego roku po wojnie mam tylko jej zeszyt rachunkowy.

13578623_1222182197814104_478611870_n

13549090_1221055991260058_1891659358_oPewnie nie było dostatecznie dużo podręczników, bo w zeszycie są pełne treści zadań tekstowych. Na przykład o tym, że na Wileńszczyźnie skrzynia jaj kosztuje 39 zł 20 gr, a w Warszawie 44 zł 80 gr. I czy opłaci się sprowadzać te jaja z Wileńszczyzny. Albo o uczniach uprawiających siatkówkę, koszykówkę i … piłkę bramkową.
Czasem o czymś zapominała.

13570037_1221077674591223_1709918306_oNa razie nie udało mi się rozszyfrować inicjałów jej nauczycielki (czy nauczyciela) matematyki, ale niewykluczone, że mogła nią być Aniela Jarczykówna (lub Jurczykówna) wymieniona w indeksie nazwisk w naszej trzebińskiej monografii.

Najcudniejszą jednak dla mnie rzeczą jest narysowany przez Jasię w zeszycie plan naszego domu – o nieco zaburzonych proporcjach jeśli chodzi o przybudówkę, ale to zupełnie bez znaczenia.

13509610_1221079387924385_501916744_oDo dziś właściwie niewiele się zmieniło poza tym, że zamiast pojedynczych okien są duże weneckie, a sypialnia zmieniła się miejscem z jadalnią, teraz nazywaną salonem, a w czasach mojego dzieciństwa po prostu dużym pokojem. No i nie ma tam łazienki (nie tej zimnej przedwojennej łaźni w przybudówce), bo dopiero na początku sześćdziesiątych lat wydzielono ją z części kuchni.
Dzięki datom zapisywanym na marginesach wiem, że Jasia poszła od razu do siódmej klasy i dzięki temu wiosną 1946 roku mogła otrzymać świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Niestety nie mam tego świadectwa. Prawdopodobnie było wśród dokumentów, które zostały skradzione na dworcu, zdaje się, że we Wrocławiu, kiedy jechała ze swoją mamą do nowej szkoły w Szczytnej. Ale to było później. Wcześniej była jeszcze inna szkoła.

Kiedy w kwietniu 1946 roku Andzia pisała ten list, nie miała jeszcze pomysłu, gdzie mogłaby kontynuować naukę jej szesnastoletnia córka. Jan, jej mąż, był już bardzo chory. Nie bardzo mieli za co żyć. A jednak we wrześniu Jasia została posłana do Państwowego Seminarium dla Wychowawczyń Przedszkoli w Mysłowicach. Seminarium było co prawda „państwowe”, ale z tego, co mówiła Mama, trzeba tam było płacić jakieś czesne. Może to chodziło o opłatę za internat, w którym mieszkała. Nie wiem. W każdym razie była w tej szkole tylko rok, chyba nawet nie cały, bo po śmierci ojca, utraciwszy prawo do jego renty (!)  nie miały jak opłacić Jasinej edukacji. Zachował się jej zeszyt do języka polskiego z Seminarium.

13523913_1221025154596475_1960964118_oZaraz za stroną tytułową znana z przedwojennych zeszytów inwokacja – chyba jeszcze nie tak ryzykowna, jak za parę lat.

13556052_1221024314596559_859477800_oW Seminarium znalazły się uczennice z różnych rejonów Polski i tym zapewne jest podyktowany fakt, że pierwszy temat wypracowania brzmiał: „Co słyszałam o Śląsku?”
Ale na kolejnych stronach też wiele odniesień do Górnego Śląska: opowiadania Morcinka, postać Karola Miarki, dogłębna analiza trzech śląskich powstań.
Z wpisu 2 października dowiedziałam się czegoś więcej o klasie Jasi: było w niej 36 uczennic – z Górnego Śląska, Mazowsza, Małopolski, „a nawet są dwie koleżanki, które odbyły już podróż przez Syberię”. O tym, że nie mogą się nigdy nagadać i gadają przeważnie podczas lekcji. Że są blondynki, brunetki i szatynki, zgrabne i mniej zgrabne, małe i duże.  Zdolne – „takie jak na przykład Lodzia, która pragnie od razu chodzić do drugiej klasy” i mniej zdolne, „które nie mogą się tak od razu wybijać w nauce.”
Kiedy indziej zadano wypracowanie „Jak spędzam czas od przyjścia ze szkoły po chwilę udania się na spoczynek.” Dzięki niemu wiem, jak mniej więcej wyglądał dzień mojej mamy w tamtym okresie.
„Przychodząc ze szkoły, idę na górę i rozbieram się z płaszcza. Schodzę na dół do świetlicy i przygotowuję się do obiadu. Po obiedzie jest godzina wolna od lekcji, więc robię co mi się podoba. Po godzinie wolnej odrabiam lekcje, zwykle aż do kolacji.
Po kolacji siedzimy pół godziny  w świetlicy. O godzinie wpółdodziewiątej przychodzi pani profesorka, wychowawczyni internatu i odmawiamy modlitwę.
Po modlitwie udajemy się do toalety, aby umyć się przed spaniem. Następnie idziemy do łóżek i po całodziennym ruchu zapada zupełna cisza.”
Prawdopodobnie w niedzielę 17 listopada, kiedy jej tata umierał, Jasia była w domu w Trzebini. W poniedziałek pięć dni wcześniej,  pisała wypracowanie „Moja wczorajsza niedziela”. Była zła, bo padał deszcz, który  jej „podziałał na nerwy ujemnie”, a w dodatku miała ze sobą skrzypce w futerale z tektury i bała się, że jej w drodze przemokną. Do internatu przyjechała zziębnięta i przemoknięta na siódmą.

13524100_1221024234596567_765265620_o

 

Przez tydzień po śmierci taty została w domu. Brak jest kilku wpisów, dopiero w kolejny poniedziałek, 25 listopada pisała charakterystykę Janka Muzykanta. Zeszyt kończy się początkiem grudnia. Ostatnim wpisem jest streszczenie „Marcina Kozery”. Ale chyba niezbyt uważnie czytała tę lekturę…

13549232_1221024207929903_575883534_oA skrzypce w tym samym tekturowym futerale, na który później uszyto pokrowiec z „dermy” ciągle u nas są. Kiedyś m u s i a ł a m  uczyć się na nich grać…

 

 

 

Opublikowano czas tuż po wojnie, stare zeszyty szkolne, szkoła dawniej, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , | 4 komentarzy

O niebezpieczeństwach romantyzmu – zeszyty Olka c.d.

rachunkowy 5 kl

Jest jeszcze kilka szkolnych „pamiątek” po Olku, a ponieważ staram się wszystko (wiem, że nieudolnie) skatalogować, toteż uzupełniam to, co było dwa wpisy temu.
Zeszyt rachunkowy (jakiś poniemiecki – „heft 6″) z klasy piątej oprócz tego, że jest dowodem mozołu, z jakim mój jedenastoletni wujek używał pióra i jak wiele robił kleksów, pozwala na przykład odkryć, że w 1946 roku nie robiło się „obliczeń” przy rozwiązywaniu zadań tekstowych, a „wyrachowania”. Treść zadań też zupełnie inna niż dzisiaj, choć na pewno dotykała problemów wówczas aktualnych. Żeby zamienić 0,3 km na metry, trzeba było zadania o tym, że „Przy szosie była tabliczka z napisem: Do Posterunku Milicji Obywatelskiej – 0,3 km”.
Ale można się też poznać przepis na maść do gojenia ran na drzewach: „0,35 kg kalafonii, 0,35 kg żywicy, 0,175 kg łoju wołowego, 0,125 kg spirytusu skażonego”.

rach 5 kl

 

Zachowała się również deklaracja wpłat na Komitet Rodzicielski z roku szkolnego 1946/47. Według niej Andzia miała wpłacać „na rzecz Komitetu Rodzicielskiego Szkoły męskiej kwotę 5 zł miesięcznie od 1 września 1946 do czerwca 1947 r.”

komitet rodzicielski

Ale deklaracja jest w domu, więc chyba jej jednak nie złożyła. Poza tym data jest dość dziwna, a i podpis jakby podrobiony… Mogło być tak, że Olek wypełnił ten druczek, zadeklarował 5 zł co miesiąc (bo to jego pismo na pewno), ale Andzi nie było stać na te comiesięczne wpłaty i ostatecznie Oluś sobie sam podpisał i zostawił w domu między zeszytami.

Siódmą, ostatnią, klasę rozpoczął 1 września 1948 roku. Od razu 2 września w zeszycie do języka polskiego, który nosił wtedy tytuł „PolskieOlek musiał napisać zadanie domowe „Co zapamiętałem sobie z przemówienia ministra oświaty Stanisława Skrzeszewskiego do młodzieży szkolnej w dniu rozpoczęcia nauki”.

polski 7 klasa

polski 7 kl a

Olek zapamiętał, że od tego roku będziemy się uczyć na wyższym poziomie”, bo „przedtem musieliśmy dużo nadrabiać, aż teraz wyszliśmy na właściwy poziom nauki”.
Wśród różnych wypracowań, jest też między inny i takie, z którego można się dowiedzieć
„Jakie niebezpieczeństwo dla Polski kryło się w romantyźmie”.

niebezp romantyzmu
Otóż „za czasów epoki romantycznej panowała moda na kobiety wysokie i szczupłe” !!! Zgroza! :)
Przez „ściąganie się w pasie różnymi sznurowadłami” te nieroztropne istoty ”zmniejszały rozpiętość klatki piersiowej, zmniejszały pracę płuc i serca, co bardzo poważnie działało na zdrowiu, dlatego też pokolenie za pokoleniem matki rodziły dzieci wątłe i chorowite.”
Ot, i cały romantyzm!
W innym miejscu znowu pisał, że co prawda powieści historyczne Kraszewskiego podtrzymywały ducha narodu, ale „na dłuższą metę było to niebezpieczne, bo Polacy (…) wierzyli, że dawna Polska była bardzo dobra i w przyszłości nie trzeba nic zmieniać. Jednak tak nie było, bo przecież Polska  nie byłaby upadła, gdyby w niej wszystko takie dobre było.”
A poza tym „romantycy nie doceniali nauki, ani badań naukowych”! W swoim wywodzie doszedł do konkluzji, że „Polacy interesowali się poezją, marzyli o romantycznych czynach, a nie interesowali się wynalazkami i kwestią społeczną”. Wtedy wykorzystali to kapitaliści zagraniczni, którzy „napłynęli do Polski i wykorzystali nasze skarby naturalne”.
 No cóż, pracę i walkę o nowe lepsze, socjalistyczne jutro należało zacząć u podstaw. Najlepiej od przeprania młodych umysłów.

A na ostatniej stronie zeszytu jest podział godzin, według którego uczył się w siódmej klasie. Fajny bo z rysunkiem.
podział godzin 7 klCóż to mógł być za przedmiot „Nop”? Może właśnie… nauka o polityce?
Peleton, czy konwój na dole strony- cudny, prawda? I ta amerykańska ciężarówka prawie na samym końcu… Pewnie wyładowana dobrami ze zgniłego zachodu. Co prawda UNRRA została rozwiązana w 1947 roku, ale „pożądanie” wszystkiego, co amerykańskie, zwłaszcza wobec powojennej biedy, było jeszcze przez długie lata aktualne.

Są jeszcze jakieś pojedyncze zdjęcia z tego czasu. Na tym poniżej Olek może mieć właśnie około trzynastu lat. Być może nawet zrobiono je na zakończenie szkoły, bo ten „wyrośnięty” garniturek i białe tenisówki to chyba nie był strój na co dzień. Taki … pokraczny jest na tej fotografii. W każdym razie urodą nie grzeszy. Później był bardzo przystojnym mężczyzną, ale okres dojrzewania to najwyraźniej nie był jego najlepszy czas – przynajmniej jeśli chodzi o visus.

Te pumpy też chyba nie były ostatnim krzykiem mody, ale można było w ten sposób zamaskować to, że spodnie są za krótkie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za plecami Olka widać transformator, który nadal stoi i pełni dziś funkcje głównie handlowe, a na dalszym planie domy, który kiedyś stały tam, gdzie dziś jest „osiemnastka”.
A płot z balasek stał jeszcze za czasów mojego wczesnego dzieciństwa. Te balaski wstawiono potem do szopy – cała była nimi zapełniona, niemal w ogóle nie dało się wejść – i właściwie dopiero, kiedy wróciłam tu do domu jakieś dwanaście lat temu zaczęłam ich używać jako paliwa do kominka.

Opublikowano stara fotografia, stare zeszyty szkolne, szkoła dawniej, Trzebinia dawniej | Otagowano , , | 7 komentarzy

Lesia czekała całe wakacje

    Znalazłam jeszcze jedno zdjęcie Lesi, ciotecznej siostry mojej mamy. Wcześniejsze niż tamto komunijne.Zdjęcie zrobiono pewnie jeszcze  w okresie okupacji – urodzona w 1936 może mieć tu nie więcej niż 7 lat.
LesiaZresztą charakter pisma na odwrocie, te uroczo niezgrabne literki tylko to potwierdzają. Jest tam też pieczątka zakładu fotograficznego: Photo „Styl” Czeladz OS. Skrót OS oznacza oczywiście Oberschlesien.

Lesia dedykacja
To musiał być czas, kiedy moi bliscy przebywali w obozie. Pewnie zdjęcie Lesi zostało wysłane wraz z jakimś listem od Felka, brata Andzi albo od mieszkającej z nimi w Czeladzi Ludwiki – matki Andzi.Zresztą Ludwika mogła też je przywieźć, bo podobno w obozie były możliwe odwiedziny. Przynajmniej w tym pierwszym, we Frysztacie. Pisała o tym zresztą Maśka Bryndzka, dziewczyna Julka wzgardzona przez niego, kiedy poznał – właśnie odwiedzając rodziców w obozie – pracującą tam w administracji Haneczkę.
Ciągle mnie zadziwia to, że w czasie wojny toczyło się jakieś „normalne” życie. Nawet nie to, że ludzie się kochali, że tęsknili, ale że na przykład szli z córką do fotografa, odświętnie ją ubierali, matka kręciła jej modnego loka nad czołem… Śmiali się, tańczyli, jeździli na wycieczki rowerowe. Ale przecież tak właśnie było. Nie wszyscy jednakowo cierpieli w czasie okupacji, nie wszyscy tracili domy, bliskich, życie. Kilka razy słyszałam nawet, jak ktoś mówił, że „za Niemca to był przynajmniej porządek”. Chyba było nawet tak, że niektórzy nie mieli nawet świadomości, że dzieją się te wszystkie straszne rzeczy. Albo nie chcieli wiedzieć.

No i znalazłam jeszcze jedną rzecz związaną z Lesią – niby pośrednio, ale to jej dopisek na karcie pocztowej napisanej przez Felka wydaje mi się najciekawszy. Zresztą to także ona wpisała się jako nadawca, choć główną treść napisał jej tata. Nie mam pewności, czy kartę napisano – nota bene: na „poniemieckim” druku z przekreślonymi napisami w tym języku – w 1945 czy 1946 roku. Ta szóstka chyba jest jednak piątką pisaną w taki specyficzny sposób, że się domknęła. I pismo Lesi – mniej wprawne niż na komunijnym zdjęciu z 1946 roku.

kartka rewers

13112586_1190399924325665_141168482_o (3)

Znaczek z pomnikiem Grunwaldzkim, który stoi na Placu Matejki w Krakowie ma datę 19 I 1945 – dzień, w którym Rosjanie zajęli Stare Miasto. Data ze stempla jest niewidoczna.
18 września dziękując Andzi za kartkę Felek pisze, że już „nie pracuje na kopalni, tylko w Katowicach”. Nie wiem, czym się zajmuje. Wygląda na to, że jeździ po ziemiach odzyskanych. Pisze, że jutro jedzie na tydzień do Strzelec na Dolnym Śląsku, a dwa tygodnie temu był „w Gdyni, Gdańsku i Sopotach – bardzo ładne miasta, tylko są zniszczone”. I  w ogóle – „Ładny kraj Polski, ale bardzo zniszczony”.

I pod tym wszystkim dopisuje się Lesia:
„Kochany Olusiu
Pozdrawiam cię i zapytuję cię dlaczegoś nie przyjechał. Czekałam na ciebie przez całe wakacje. Myślałam, że przyjedziesz.
Na tym kończę.
Całuję cię mocno.
Lesia.”
 Olek i Lesia byli prawie rówieśnikami – on był starszy od niej zaledwie o rok. Bardzo się lubili.Ta ich sympatia przetrwała jeszcze długo później. Olek dość często jeździł do Czeladzi i nawet chyba miał z nią jakiś kontakt, kiedy wyjechała do Stanów.
Wzrusza mnie ten dopisek małej dziewczynki, która tęskni za kuzynem i „czekała całe wakacje”. Jeśli to faktycznie czterdziesty piąty rok, to Olek z całą rodziną dopiero od maja jest w Trzebini. Gnieżdżą się w zniszczonym domu z dziurawym dachem i pewnie wolą wydać pieniądze na jedzenie, niż na bilet do Czeladzi. Ale mają ogród i dzięki temu mogą mieć choć namiastkę wakacji. Pozwalają sobie nawet na ten eksces w postaci sesji fotograficznej
No, a jeśli jest już jednak czterdziesty szósty, to tata Olka leżący na łożu śmierci za parę dni będzie spisywał swój testament.

No więc – nie mógł przyjechać. Choć Lesia czekała całe wakacje.

Opublikowano Czeladź-Piaski, stara fotografia | Otagowano , , | 3 komentarzy