Lola z Buffalo, N.Y.

Najstarsza z sióstr Paterkowskich, Lola, mimo że urodzona w Polsce, była bardziej „amerykańska” od Luci i Zuzi, które przecież przyszły na świat w Ameryce.
Właściwie trudno się temu dziwić, bo spędziła tam całe swoje „świadome” dzieciństwo. Wyjeżdżając  z Polski była trzyletnim brzdącem, wróciła jako trzynastoletnia panienka. W amerykańskiej szkole, do której zaczęła uczęszczać w wieku lat pięciu. spędziła osiem lat.
Z jedynej „szkolnej” fotografii Loli patrzy zadowolona, pewna siebie ośmiolatka. Ciekawa jestem, czy zdjęcie wykonał przygodny fotograf, czy to tata Loli – Antoni, już zabyty w Ameryce, kupił sobie i ten cud techniki i uwiecznił nim wtedy swoją najstarszą córeczkę.

21A21B

 

Dwa lata później Lola przystąpiła w Buffalo do Pierwszej Komunii Świętej, a pamiątkowe zdjęcie Paterkowscy przysłali między innymi także cioci Ludwice, mojej prababci, mieszkającej wówczas w Czeladzi.

LOla_Paterkowska_I_Komunia_USA__Kopia

 

Kiedy latem odwiedziłam w Cieszynie siostrzenicę Loli, wśród pamiątek po niej zobaczyłam również obrazek, który otrzymują dzieci pierwszokomunijne. Dzięki temu wiem, że uroczystość miała miejsce 30 maja 1920 roku w kościele Przemienienia Pańskiego w Buffalo, zaś księdzem, który dzieci Polonii amerykańskiej przygotowywał wówczas do przyjęcia Najświętszego Sakramentu był Franciszek Kasprzak. Znalazłam informację, że w 1930 roku  ks. Kasprzak był prałatem w Buffalo. Dzień Komunii Loli to była niedziela, nie tak jak u nas w tym czasie zwykły powszedni dzień, najczęściej środa. Pewnie dlatego, że każdy dzień pracy w Ameryce to były dodatkowe d o l a r y . Szkoda było brać wolne i duchowni to doskonale rozumieli organizując taką uroczystośc w niedzielę.
Kościół, w którym Lola przystąpila po raz pierwszy do Komunii znajduje się na rogu Mills i Sycamore Street i jest obecnie zamknięty, a budynek znajduje się w rękach prywatnych.

komunia Loli obrazek cały

komunia Loli obrazek

Dzięki umiejscowieniu na mapie kościoła, do którego uczęszczali w Buffalo Paterkowscy, mogę być teraz raczej pewna, że ich adres, który z trudnością odczytałam z dokumentu potwierdzającego przyjście na świat Zuzi,  to raczej Wilson, a nie Gibson Street. Od domu przy Wilson Street 403 kościół Przemienienia Pańskiego był oddalony zaledwie o jakieś czterysta metrów. Na mapach Google można zobaczyć to miejsce i dom, może nawet ten właśnie, albo sąsiadujący z dzisiaj nieisniejącym (bo dość pusto tam wokoło), w którym rodzina Loli mogła wtedy mieszkać. W każdym razie i dzisiaj jest tam dosyć zielono i jakby nawet sielsko, tym bardziej nie dziwi mnie fakt, że Julia po powrocie do Polski chciała zamieszkać w domu z ogródkiem, warzywniakiem i kurkami. Może miała to tam, w Ameryce?

Wilson Street

LOla Foto Adela

Lola, która prawdopodobnie tuż po powrocie z Ameryki dała sobie zrobić to zdjęcie (w atelier Adela w Krakowie), jednak nie za tym tęskniła tutaj w Polsce.
Jej brakowało Ameryki! Dużego miasta, świateł, aut i …języka angielskiego. Jeszcze jako ponaddziewięćdziesięcioletnia staruszka pamiętała mowę swojego dzieciństwa i  w domu opieki, w kórym znalazła się pod koniec życia szczególną przyjemność sprawiała jej możliwość konwersacji w tym języku z młodymi pielęgniarkami.

Opublikowano stara fotografia | Otagowano , , , , | 7 komentarzy

Dziwny zbieg okoliczności

Zuzia Paterkowska przyszła na świat 5 kwietnia 1917 w Bufallo. Jej rodzice byli już w Ameryce od mniej więcej czterech lat. Dwa lata wcześniej przyszła na świat Lucia, a mała Lola zaczęła naukę w szkole.
Zachował się taki dokument, niby odbitka negatywu (ale wcale nie pozytyw, raczej kopia) czegoś w rodzaju świadectwa jej urodzenia.

Swiadectwo Ur. Zuzi P.

Można się z niego dowiedzieć między innymi, że była czwartym z kolei dzieckiem ślusarza narzędziowego (tool maker) i gospodyni domowej. Ich adres w Bufallo to Gibson lub Wilson Street 403 – trudno odczytać, a sprawdziłam, że ulice o obu nazwach istniały wówczas w tym mieście.

Adres Paterkowskich

Paterkowscy wrócili do Polski prawdopodobnie w 1923 roku lub trochę później, choć wcześniej myślałam, że było to dwa lata wcześniej.Wydedukowałam sobie, że w 1923 Antoni popłynął do Stanów, żeby jeszcze trochę dorobić. Ale było raczej tak, że najpierw przypłynął sam, żeby w maju 1921 roku kupić dom przy ulicy Kościuszki. Musiał też coś w nim pourządzać, w każdym razie miał co robić, bo do Stanów, po żonę i trzy córki wrócił dopiero w sierpniu 1923r.
W zachowanym „Oświadczeniu woli”, dokumencie wymaganym chyba przy wjeździe do USA widnieje amerykański adres Julii – 272 Lovejoy Street (swoją drogą – jaka urocza nazwa!). To oznacza, że w czasie, kiedy Antoni był w Polsce ona musiała przez dwa lata sama radzić sobie z dziećmi i domem. Pewnie wtedy jeszcze bardziej zacieśniła się jej więź z siostrą Anną. Anna i jej mąż to była tam, tysiące kilometrów od Trzebini, jedyna rodzina Julki.

Paterkowski - declaration of intention. m

 

Z Zuzią rodzice wiązali duże nadzieje. Nie dość, że była bardzo ładna, to jeszcze do tego mądra i o ujmującym sposobie bycia. Już w Polsce kupili fortepian i opłacili jej lekcje gry na tym instrumencie. Jej siostrzenica powiedziała mi, że Zuzia chodziła do Gimnazjum w Wadowicach. To dość daleko, jakieś 35 km, ale całkiem możliwe, że dla swojej najmłodszej, uzdolnionej córki rodzice wybrali właśnie tę szkołę, która cieszyła się dobrą renomą. Chciała się dobrze przygotować do studiów medycznych, o których od dawna marzyła.
Być może właśnie do tej szkoły chodziła z jedną ze swoich najlepszych przyjaciółek – Marysią Biłykówną z Trzebini, młodszą od niej o rok, urodzoną 10 czerwca 1918 roku. Jej rodzice Anna i Dymitr byli przybyłymi tutaj Ukraińcami. Marysia urodziła się już w Trzebini.

Dziewczyny na motorzeNa zdjęciu zrobionym w oficynie domu Paterkowskich przy Kościuszki 40 wśród dziewczyn „dosiadających” jednego z motocykli Antoniego ostatnia siedzi Zuzia, a przed nią prawdopodobnie właśnie Marysia. Zdążyłam pokazać to zdjęcie pani Alince i to ona Marysię rozpoznała. Śmieją się zadowolone, że udało im się zmieścić na siodełku. Za nimi stoi Lucia, a pierwsza, tyłem do kierunku jazdy, jest najstarsza Lola, która w 1934 roku wyszła za mąż. Mogę się tylko domyslać, że tu chyba jeszcze jest panną. Zuzia zresztą wygląda na 16-17 lat, czyli fotografię wykonano ok. 1933 -34 roku. Choć niewykluczone, że może to być jeszcze rok 1935, bo Lola po ślubie z Karolem mieszkała przez jakiś czas w tej oficynie. A trzpiotką była całe życie, nigdy nie stała się stateczną matroną. Więc i po ślubie mogła się pewnie wygłupiać jak jej nieco młodsze towarzyszki. Może to zdjęcie wykonał właśnie jej mąż?
Jeśli jest to późne lato 1935 (w tle chyba jakieś słoneczniki widzę, dlatego obstawiam tę porę roku), to jest to ostatnie lato dwóch z nich…
Dla nich lato 1936 nigdy nie nadeszło.

Zuzia zmarła w dniu, który jest tylko raz na cztery lata –  29 lutego, w sobotę. Tuż przed maturą i swoimi dziewiętnastymi urodzinami. Jeździła na łyżwach, pewnie po tym stawie na Rybnej, na którym zimą w latach trzydziestych urządzano ślizgawkę z muzyką z głośników i elektrycznym oświetleniem. Podobno tam właśnie „odbiła” sobie nerki. Jako przyczynę zgonu podano zapalenie nerek. Jej pogrzeb zgromadził wielkie tłumy ludzi. Opowiadała mi o tym pani Alinka; sama miała wówczas piętnaście lat, ale dokonale zapamiętała tamten widok. Powiedziała mi jeszcze o czymś.
Śmierć młodej, pięknej, utalentowanej i lubianej dziewczyny to był szok, nie tylko dla rodziny. Szok tym większy, że miesiąc wcześniej, 16 stycznia umarła Marysia. Miała gruźlicę. Ludzie szeptali, że „ściągnęła” za sobą przyjaciółkę…
A może był to tylko bardzo dziwny zbieg okoliczności?

Młodsza siostra Marysi, Olga, bardzo przyjaźniła się z Alinką Damasiewiczówną i Urszulką Ochmanówną. W czasie wojny ich przyjaźń została wystawiona na ciężką próbę, bo rodzice Olgi wykorzystując swoje pochodzenie podjęli współpracę z Niemcami. Olga nie chciała mieć już nic wspólnego z dawnymi przyjaciółkami i nawet zaczęła je traktować jakby z pogardą z tego powodu, że były Polkami. Alinka wspominała to z wielkim żalem.
Zuzia Paterkowska i Marysia Biłykówna już nie musiały „sprawdzać” swojej przyjaźni…

Zuzia_Paterkowska

Zuzia_Paterkowska_jpg_tablica

Marysia Biłyk Odnalazłam grób Marysi na naszym cmenatrzu, Grabarz powiedział mi, że od lat jest nieopłacony i prawdopodobnie wkrótce zostanie zlikwidowany…

Opublikowano stara fotografia, stare dokumenty, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , | 3 komentarzy

A Stasia nie chciała do Ameryki

Gdyby nie inny grom z jasnego nieba, który dopadł parę lat później najmłodszą sióstr, Stasię, Paterkowscy nie wróciliby pewnie do Polski, a „domek czterech dziewcząt” stałby pewnie nie przy Kościuszki w Trzebini, ale na przykład przy Gibson Street w Buffalo, N.Y.
I pewnie nieźle by im się powodziło, bo Antek jako ceniony fachowiec dobrze zarabiał w zakładach Forda, gdzie szybko znalazł zatrudnienie. Potem, po powrocie do Polski z dumą ubierał skórzaną kurtkę „od Forda” i czapkę pilotkę, zawsze kiedy jechał gdzieś jednym ze swoich motocykli.

Antek w kartce Forda m
Julia bardzo przeżywała, że wyruszając wczesną jesienią 1913 roku do męża do Ameryki nie mogła zabrać ze sobą obu córeczek. Tylko niespełna trzyletnia Lolcia pojechała z mamą koleją z Trzebini najpierw do Mysłowic, a potem do Bremy, żeby tam wsiąść na statek Rhein płynący do Nowego Jorku.
Kazia, która miała wtedy niecały rok i albo była za mała, albo na coś właśnie zachorowała, została w Trzebini w rodzinnym domu Kołodziejczyków – tym, przed którym robiono zdjęcia ślubne obu sióstr, pod opieką dziadków oraz prawie osiemnastoletniej Stasi i starszej siostry Anny, która wkrótce wraz z trójką swoich dzieci miała dołączyć do męża od dwóch miesięcy także przebywającego w USA. Stasia to ta, która na „słynnym” zdjęciu trzebinian z 1909 roku stoi pierwsza z prawej – ma tu czternaście lat.

Plan był taki, że Stasia za jakiś, niedługi, czas popłynie z małą Kazią do Ameryki, a Julia z Antonim pomogą jej tam się urządzić i może nawet znajdą męża. Póki co, zajmowała się malutką, jak własnym dzieckiem.

Staszka z Kazią mStaszka z Kazią rewers mNie wyruszyła jednak z Anną, która w czerwcu 1914 roku stanęła na amerykańskiej ziemi. Zdjęcie z Kazią zrobione w zakładzie trzebińskiego fotografa „Bolesława” (przy okazji: ciągle nie wiadomo, gdzie się mieścił ów zakład) dała sobie zrobić może właśnie po to, żeby Anna zabrała je ze sobą i przekazała rodzicom malutkiej. Bo sama miała już zupełnie inne plany. Nie zamierzała szukać szczęścia za oceanem, bo zmaterializowało się ono, to szczęście, w osobie Jana Obroka, elektromontera (jak zapisano w księdze parafialnej) z Poręby Żegoty.
Wyobrażam sobie, jak bardzo musiało to pokrzyżować plany Antoniego, który chciał związać przyszłość swoją i swojej rodziny z Ameryką. Julia tak bardzo tęskniła za dzieckiem zostawionym w kraju, ale przecież wiedziała, że niedługo je zobaczy. Że to tylko kwestia czasu. A tu taki klops! Nikt inny nie mógł przywieźć Kazi. Pozostali bracia i siostry pozakładali rodziny, samotna była tylko najstarsza Marianna, ale i ona miała synka,a poza tym dobrze sobie radziła jako jedna z bardzo niewielu trzebińskich wykwalifikowanych akuszerek. Nie musiała szukać poprawy swojego bytu za oceanem i ruszać w nieznane. A podróż tam i z powrotem po to, by zawieźć dziecko musiała być zbyt kosztowna.
Sama Julia, tęskniąca za rodzinnymi stronami, oczekiwała już kolejnego dziecka, Luci. Może gdyby nie to, decyzja o powrocie byłaby jeszcze szybsza? Na dodatek po Luci dość szybko okazało się, że Julia znowu jest w ciąży i w kwietniu 1917 roku przyszła na świat jeszcze jedna córka – Zuzia.
Paterkowscy musieli przeżywać straszne dylematy.A wszystko z powodu Stasi, która śmiała się zakochać w tym Janku Obroku i pogardziła Ameryką!
Ich narzeczeństwo trwało stosunkowo długo, bo Staszka chyba czuła się odpowiedzialna za Kazię, zwłaszcza że właściwie sama musiała się nią opiekować.
Ślub wzięli dopiero w Wigilię Bożego Narodzenia 1918 roku, w trzy tygodnie po śmierci ojca panny młodej – Błażeja… Pewnie wszystko było już zaplanowane, może nie chcieli już dłużej czekać, może Błażej zmarł niespodziewanie i dlatego, mimo żałoby, ten ślub się odbył. Kazia miała wówczas sześć lat i jeszcze jakieś pięć lat miała czekać na powrót matki. Pewnie Obrokowie zajmowali się nią jak własnym dzieckiem. Tata Kazi przyjechał „na chwilę” już w 1921 roku, żeby kupić dom i przygotować grunt na powrót rodziny – tak przynajmniej wynika z zachowanych dokumentów. Ale w 1923 jeszcze raz popłynął do Ameryki i dopiero potem Kazia właściwie …poznała swoją mamę i trzy siostry – dwie z nich urodziły się w Buffalo.
Nie wiem, gdzie Obrokowie mieszkali po ślubie – kto wie, czy nie w domu na Krakowskiej albo gdzieś blisko. Nie znałam jej (chyba), ale określenie „Staszka Obroczka” nie raz pojawiało się przy okazji jakichś rodzinnych rozmów, więc pewnie była gdzieś tu w pobliżu.
Może jakiś potomek Obroków tu trafi i coś mi dopowie?

Opublikowano stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Jeszcze raz o Julii i Antku Paterkowskich

Najładniejsza z sióstr mojej prababki Ludwiki, Julka Kołodziejczykówna, mimo swoich dwudziestu dwóch lat wcale nie planowała jeszcze zamążpójścia i to tuż przed Wielkim Postem 1910 roku. Planowała coś zupełnie innego. Chciała ze swoją starszą siostrą Marianną, wtedy już samotną mamą małego Juliana (ale nie tego Julka – rozrabiaki, brata mojej Mamy), pojechać do Wiednia, żeby zostać akuszerką. Ich siostra Ludwika już nią była, mieszkała i pracowała w nieodległej Czeladzi. Pewnie jej przykład jakoś przekonał siostry, że to dobry zawód dla kobiety.
Ostatniego dnia lipca 1909 roku trzydziestosześcioletnia Marianna kończyła w Krakowie siedmiomiesięczny kurs dla położnych w ramach stypendium ufundowanego jej przez Powiatową Radę z Chrzanowa. I wybierała się dalej kształcić do Wiednia. A czternaście lat młodsza Julka razem z nią.
Ale tak to już bywa z tymi gromami z jasnego nieba, że spadają zupełnie niezapowiedzianie. I taki grom spadł na Julkę. Albo raczej na Antka Paterkowskiego, kiedy zobaczył piękną Kołodziejczykównę, zdaje się na jakimś odpuście, kto wie czy nie końcem czerwca 1909, kiedy w jej rodzinnej parafii odchodzono uroczystość świętych Piotra i Pawła. Zobaczył i … zakochał się tak mocno, że nie dał jej już spokoju, a na wieść o „wiedeńskich planach” ukochanej oznajmił, że jak wyjedzie, to on się zabije!
Marianna musiała więc wyjechać sama, podobno przeżyła tam jakąś miłość, choć w „legendach rodzinnych” przekazanych mi przez wnuczkę Julii trochę mieszają się fakty i być może to mały Julek był owocem tej nieszczęśliwej miłości, która musiała mieć miejsce nieco wcześniej.
Tak przy okazji: teraz rozumiem nieobecność Marianny na tym najbardziej znanym zdjęciu rodziny Kołodziejczyków, wykonanym z okazji 40. rocznicy ślubu jej rodziców, we wrześniu 1909r. Musiała być wtedy w Wiedniu.

Julka, stojąca pierwsza z lewej, jest jeszcze panną, ale już od prawie trzech miesięcy  …pilnowaną przez Antoniego. Tak sobie konfabuluję, że pewnie na Boże Narodzenie zaręczyli się, żeby tego 10. lutego 1910 roku, w poniedziałek przed  Środą Popielcową, wziąć ślub.
Julka sama szyła swoją suknię ślubną.

Paterkowscy ślubne.m
Zdjęcie zrobiono przed domem rodzinnym panny młodej, w Trzebini na Krakowskiej, nieco poniżej parkingu przed „osiemnastką” na osiedlu ZWM. Dokładnie tam, gdzie w październiku 1906 roku w podobnej pozie stała ze swym świeżo poślubionym mężem jej starsza siostra Anna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERANa obu zdjęciach małżonkowie patrzą w różnych kierunkach. O ile suknie i welony panien młodych są dość podobne, to mężczyźni są ubrani nieco inaczej. Mąż Julii ma na sobie chyba frak. W każdym razie jego górna część garnituru jest znacznie dłuższa. Ale kołnierzyki – oba jak zbroja na szyję. Że też się w tym dało oddychać!
Najstarsza córka Paterkowskich, Lola, która urodziła się w grudniu jeszcze tego samego roku, zachowała zdjęcie ślubne rodziców. Od Loli trafiło do jej siostrzenicy, a wnuczki Julki, którą odwiedziłam w sierpniu, żeby zobaczyć między innymi tę fotografię.
Ale i wiele innych, jak choćby rodzinne zdjęcie z malutką Lolą.

Paterkowscy z małą Lolą1 m

Paterkowscy z małą Lolą. rewers fot Zakulski

Wykonano je jeszcze w Polsce, w Krakowie w Zakładzie Fotograficznym F.Zakulskiego z ul. Zwierzynieckiej, „tymczasowo przeniesionym na Karmelicką 22″, tam gdzie teraz jest Pizzeria Banolli. Choć tło wydaje się dość dziwne, jak na zakład fotograficzny. Może pan Zakulski potrzebował lepszego światła i ustawił portretowane osoby na zewnątrz?
Kiedy Antoni wyruszył do Ameryki początkiem maja 1913 roku, Lola miała dwa i pół roczku, a malutka Kazia siedem miesięcy. Wydaje mi się, że na tym zdjęciu Julka jest w dość zaawansowanej ciąży – w październiku 1912 roku Kazia przyszła na świat. Zatem zdjęcie wykonano pewnie wczesną jesienią tego roku – Lolcia musi tu mieć niecałe dwa latka. Pewnie jej tata wziął ze sobą tę fotografię, kiedy za pół roku wybrał się,żeby szukać łatwiejszego życia za oceanem i szykować nowe miejsce dla swojej rodziny.
A zdjęcie młodej Julki, kolejne z rodzinnych pamiątek Loli, też pewnie miał wtedy przy sobie, kiedy czekał w Buffalo na jej przybycie.

Julka Paterkowska.mWykonano je w zakładzie Edwarda Pierzchalskiego, nota bene, przy Karmelickiej 21 – po drugiej stronie ulicy.

Julka Paterkowska.rewers.m
      Julka nie miała z Antonim łatwego życia, jeszcze o tym napiszę, choć było to życie w miarę dostatnie. Zwłaszcza jak na warunki, jakie zastali w Polsce, kiedy, trochę pod przymusem -zwłaszcza jeżeli chodzi o Antoniego, wrócili tu na stałe w latach dwudziestych.

Ona chciała zamieszkać w okolicach Myślenic, mieć dom z ogródkiem, hodować kurki… A Antek uparł się na Trzebinię, bo … miał tu kolegów.
Ale za to, być może pod wpływem żony, oprócz motocykli, z których był w Trzebini znany, kupił fortepian, żeby któraś z córek na nim grała. I może dzięki temu Julka jednak czasem była szczęśliwa i uśmiechała się, tak jak na tym zdjęciu zrobionym około 1930 roku.

Paterkowscy w domu przy Kosciuszki ok,1930 mJulia z Lolą i Lucią .mNa zdjęciu z Lolą i Lucią nie uśmiecha się już, choć patrzy ciągle w ten sam punkt – ale myślę, że to zdjęcie chyba jednak zrobiono jako pierwsze, bo krzesło stoi jeszcze przy stole – potem je przestawiono, żeby Antoni mógł usiąść obok żony (teraz zdałam sobie sprawę, że to krzesło na pierwszym planie, dokładnie to samo, tyle że przemalowane przeze mnie na biało, stoi teraz przy moim łóżku… Szkoda, że z krzesłem nie można pogadać i dopytać ;) ).

 

 

 

Opublikowano stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Kartka ze statku „Rhein”, 1913 rok.

   
kartka ze statku 1913 male
 To jest zdjęcie, na widok którego omal nie krzyknęłam z zachwytu. Że jest! Że się zachowało! To wprost niezwykły dokument i świadectwo minionego czasu i historii mojej rodziny. Chyba jedno z najcenniejszych. Jest własnością mojej cioci z Cieszyna, córki Kazi Paterkowskiej. Ocaliła je, jak zresztą wiele innych, z tego, co zostawiła po sobie Lola, która zmarła w 2004 roku. 
Zdjęcie – pocztówkę wysłała Julka Paterkowska do swojej starszej siostry Ludwiki, czyli mojej prababki, wówczas mieszkającej w Czeladzi. Pewnie Ludwika wiele lat później, kiedy Paterkowscy wrócili już do Polski, dała Julii tę kartkę, bo może sama Julia nie zachowała dla siebie takiej pamiątki z przybycia do USA. Z jednej strony trochę mi żal, że je oddała, bo teraz byłoby moje, ale z drugiej nie wiadomo, czy zachowałoby się w domu na Piaskach jako spuścizna po prababce.
Fotografie tego typu zapewne wykonywano wszystkim chętnym, którzy po przybyciu do Ameryki chcieli w ten sposób poinformować swoich krewnych na starym kontynencie, że szczęśliwie dotarli do celu. I mieli na to pieniądze.
Julia siedzi pierwsza z lewej, a obok niej stoi trzyletnia Lola. Nie wiem, kim są pozostałe osoby uwiecznione na fotografii. Pewnie grupowe zdjęcie „wychodziło” taniej i Julka dała się sfotografować z ludźmi poznanymi w czasie dwunastodniowej podróży na statku Rhein, który wyruszył z Bremy w piątek 25. września 1913 roku. Domyślam się, że to Polacy. Jeszcze nie wiedzą, jakie będzie ich życie w Ameryce, ale na pewno z ufnością patrzą w przyszłość. Być może ktoś znowu przypadkiem trafi na mój blog i to zdjęcie i rozpozna swoich przodków. 
W Ameryce, w Buffalo, czekał na Julię mąż, Antoni, który do Nowego Jorku dotarł kilka miesięcy wcześniej – 6 maja 1913 roku. Od sierpnia towarzyszył mu tam już szwagier i kolega z czasów kawalerskich, Jan Cecuga – mąż kolejnej siostry Julii, Anny, która wtedy jeszcze mieszkała w Trzebini, a do Ameryki wyruszyła dopiero w maju 1914 roku.
Dwa miesiące po przybyciu do Ameryki szwagra dołączyła do Antka Julia. Kiedyś dość obszernie o tym pisałam, choć o pewnych faktach wtedy jeszcze nie miałam pojęcia.
Do Nowego Jorku dotarła 7 października i wtedy najprawdopodobniej wykonano to zdjęcie. Pewnie jakiś czas trzeba było poczekać na wykonanie odbitki i dostarczenie jej już pod adres w Buffalo. Bo kartkę Julka napisała dopiero po trzech tygodniach, 27. października.

kartka ze statku 1913 treść.małaWłaściwie z zapisu daty, którą Julia umieściła na samej górze trudno byłoby zgadnąć, że to o październik chodzi, ale jest stempel z Sosnowca, znajdującego się wtedy w – jak to napisała w adresie Julia – „Królestwie Polskim” czyli w Rosji z datą 24.10.1913. To data nadejścia kartki – i nie jest wcale pomyłką, że jest to data wcześniejsza od daty nadania kartki. Wtedy na terenie Rosji obowiązywał kalendarz juliański. Trzeba było doliczyć 13 dni, żeby poznać datę według kalendarza gregoriańskiego, obowiązującego wówczas w większości krajów. Na przykład w USA, ale także w bardzo nieodległej Galicji, należącej do Austrii, gdzie w Trzebini mieszkała cała reszta rodziny.
Czyli kartka dotarła do Czeladzi 6 listopada. Ciągle zadziwia mnie sprawność działania ówczesnej poczty – listy przecież musiały także płynąć statkiem, a adresatka otrzymała wiadomość od siostry po dziesięciu dniach od napisania! Kiedyś sprawdzałam, że najkrótszy rejs na trasie Brema-Nowy Jork trwał wtedy osiem czy dziewięć dni.

„Moja Najdroższa siostro,
donoszę Ci, że szczęśliwie przyjechałam do Ameryki i jestem w Bufalo. Mnie się tu podoba, jest wielkie miasto, tylko mi smutno jak sobie wspomnę o familii, że może już nigdy nie zobaczę i żem Cię nie widziała. Ach, mój Boże jak się musimy rozłączyć, że nigdy się nie spodziewałam, że ja tak będę daleko od was. Ale wiesz, że mąż, ojciec nie chce nikomu pomóc (nie wiem, czy dobrze odczytałam to ostatnie słowo, bo trochę mnie szokuje). Na nic nasze zdolności w naszym kraju. Dziś ten gra kto pieniądze ma. Opisze Ci późni list o mojej podróży.
Żegnam was wszystkich – szwagra, moją Andzię i małego chłopczyka.
Całuję was- ciocia Jula.”
Dopisała jeszcze:„Ach jak mi przykro za moim dzieckiem Kazią w domu” i „To jest fotografia na pokładzie krętu naszego. Czy mnie i Lolcię poznacie?”

Treść tej karteczki potwierdza informację, że Paterkowscy chcieli na stałe osiąść w Stanach. Julka bała się, że już nigdy nie zobaczy „familii”. Ze starszą o jedenaście lat „najdroższą siostrą” chyba się nawet nie pożegnała, bo choć Czeladź jest oddalona od Trzebini zaledwie o jakieś trzydzieści kilometrów, to ponad sto lat temu komunikacja zajmowała trochę więcej czasu i pewnie szykując się do wyjazdu na całe życie Julia miała na głowie mnóstwo spraw do załatwienia. Jak choćby ustalenie, co stanie się z maleńką, niespełna roczną Kazią. Córka Kazi, Rysia,  opowiedziała mi, że Kazia nie popłynęła z matką, bo właśnie była za mała (albo na coś zachorowała), ale plan był taki, że najmłodsza z sióstr – Stasia – za jakiś czas popłynie z nią do Nowego Jorku i ona także ułoży tam sobie życie. A siostra ze szwagrem się o nią zatroszczą. Ale życie miało inne plany dla Stasi, a w konsekwencji dla całej rodziny Paterkowskich. Ale o tym innym razem.
Trochę zaszokowało mnie zdanie, które Julka pisze o swoim mężu: nie chce nikomu pomóc” ??? Czy to miałoby oznaczać, że ona chciała ściągnąć do siebie także Ludwikę, tylko Antoni był temu przeciwny? Może jednak słowo na „p…” pod „sosnowieckim” stemplem oznacza coś zupełnie innego.
Pozdrawia „małego chłopczyka” (to Felek, wtedy miał trzy latka – czyżby zapomniała jego imienia?) i „swoją” Andzię… Być może była chrzestną matką mojej babci? Chyba jednak nie – wtedy dzieci chrzczono tuż po urodzenia, najpóźniej w kilka dni po nim i zdaje się, że we wpisie w księdze parafialnej w języku rosyjskim, którą parę lat temu przeglądałam, jako świadkowie urodzenia Andzi, którzy wraz z ojcem przynieśli ją do Chrztu nosili jakieś nic mi nie mówiące nazwiska – prawdopodobnie byli to sąsiedzi Domagałów z Czeladzi. Zresztą przecież Julka w 1897 roku była za młoda na chrzestną matkę. Miała wtedy dziesięć lat. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że moją babcię i tę jej ciocię dzieliła taka niewielka różnica wieku. Mniejsza niż jej matkę Ludwikę i Julię, a przecież były siostrami.
Julka i Andzia musiały się bardzo lubić. W babcinym pamiętniku jest wpis od „cioci Juli” z 1908 r. Pamiętam ze swojego wczesnego dzieciństwa, że Andzia była z ciocią Paterkowską bardzo zżyta, tak samo, jak dzieci Andzi – moja Mama i wujek Olek.

Wielkie „amerykańskie” plany Antka nie do końca się ziściły, choć Paterkowscy spędzili za oceanem ładnych kilka lat, zanim – dorobiwszy się pewnego majątku – na powrót osiedli w Trzebini, gdzie w 1921 roku od Symy z Zittermannów Flastrowej kupili dom przy ulicy Kościuszki 40, gdzie mieszkali do śmierci.

A kufer, jeden z tych, z którymi wrócili do Polski stoi do dziś w domu ich wnuczki w Cieszynie.

kufer Paterkowskich

Opublikowano stara fotografia, stare dokumenty | Otagowano , , | Skomentuj

Trzy gracje, a wśród nich Lola…

 Przywiozłam z Cieszyna masę zdjęć związanych z Paterkowskimi. Julia Paterkowska, z domu Kołodziejczykówna była młodszą siostrą mojej prababki Ludwiki. Samej Ludwiki nie zdążyłam poznać, Julię – tak. Znałam również jej córki. Kiedyś pisałam już o Antku i Julce. W kontekście tego, czego się dowiedziałam, będę musiała zweryfikować parę faktów, jak choćby długość pobytu Julki w USA. Ich historia jest jeszcze ciekawsza, niż sądziłam.
Wkrótce o tym napiszę, na razie ogarniam, bo to jest niesamowite, ile i jakie (!) pamiątki zachowały się w rodzinnych archiwach, ale póki co m u s z ę podzielić się króciutką, ale przeuroczą historią związaną z jedną z córek Julii – Karoliną, zwaną przez całe życie Lolą. Nota bene: to dzięki niej i jej siostrzenicy, która przechowała pozostawione przez Lolę pamiątki mogę teraz z zachwytem i tą ogromną ekscytacją, dla niektórych niezrozumiałą ;) stąpać po tych wszystkich śladach przeszłości.
 Paterkowscy wrócili z Ameryki na stałe z trzema córkami: Lolą, najstarszą, urodzoną jeszcze w Polsce, oraz Lucią i Zuzią, które przyszły na świat w Stanach Zjednoczonych dopiero w latach dwudziestych (kiedy dokładnie, to jeszcze muszę ustalić, na pewno byli tam dłużej niż sądziłam). W Polsce czekała na nich urodzona w 1912 roku Kazia, którą zostawili pod opieką dziadków – Marianny i Błażeja Kołodziejczyków.
Siostry były urodziwe, nawet pulchna Lucia była pełna uroku, a przy tym stroiły się bardzo, nadążając za najnowszymi trendami mody – bo mogły sobie na to pozwolić.

 

Lola. m                               

Kazia. m 
Lucia. m

Zuzia Paterkowska. m
Chyba najładniejsza była najmłodsza Zuzia, urodzona w 1917 roku. Była też bardzo utalentowana, grała na fortepianie stojącym w domu rodziców, wybierała się na medycynę. Zmarła tuż przed maturą – w lutym 1936 roku. Tłumy na jej pogrzebie pamięta pani Alinka, która wtedy właśnie sprowadziła się do Trzebini.
Paterkowscy przywieźli oczywiście dolary, które przez długi czas pozwalały im na dość dostatnie życie, a córkom zapewniały sporo starających się o rękę. Choć i bez tego pewnie miałyby powodzenie, bo urody i osobowości pannom Paterkowskim nie brakowało. Tej drugiej cechy nie brakowało zwłaszcza najstarszej Loli.

LOla w długiej sukni.m

trzy gracje. małeW wielkanocną niedzielę, 20 kwietnia trzy z sióstr (Zuzia miała wówczas trzynaście lat, więc chyba była za młoda na tę sesję) dały się sfotografować nad jednym ze stawów na Rybnej – w Trzebini oczywiście (ha, w tym momencie zorientowałam się, że cztery dni po zrobieniu tej fotografii przyszła na świat moja mama, która właśnie do Loli była bardzo przywiązana).
Te trzy gracje to kolejno od lewej Kazia, która za pół roku skończy 18 lat, Lucia, wówczas piętnastoletnia i Lola – w grudniu będzie obchodzić dwudzieste urodziny. Na tym zdjęciu Lola jest taka, jaką ją zapamiętałam, choć przecież poznałam ją dopiero kiedy miała prawie sześćdziesiąt lat. Ale od tej dziewczyny aż biją: niezależność, oryginalność, poczucie humoru i świadomość własnej wartości. A przy tym mocne stąpanie po ziemi. Taka właśnie była.
Kiedy wraz z rodzicami przyjechała do Polski, strasznie jej się tu nie podobało. Rodzice kupili dom przy ulicy Kościuszki 40 wraz z drugim budynkiem stojącym w oficynie. Tam zamieszkali ze swoimi czterema córkami. Żeby jeszcze gdzie indziej, ale w takiej pipidówie jak Trzebinia? Tęskniła za Ameryką. Ale nie było rady. W Polsce ukończyła kurs dla modystek – dostałam nawet kilka nakryć głowy wykonanych przez nią. Być może jeżdżąc na zajęcia tego właśnie kursu, a może przy okazji zupełnie innej podróży, na początku lat trzydziestych poznała w pociągu młodego architekta z Chybia Henryka Szołdrę. Bardzo dobrze im się rozmawiało, żartowali,  zresztą Lola była zawsze bardzo towarzyska. Od słowa do słowa opowiedziała mu o „domku czterech dziewcząt” i zaprosiła w odwiedziny, jeśli tylko będzie w pobliżu Trzebini. Henryk wobec faktu, że był już żonaty, wspomniał, że ma młodszego brata Józefa, który ukończył na krakowskiej AGH budownictwo i jest jeszcze kawalerem. I stanęło na tym, że to Józef przyjedzie kiedyś odwiedzić panny Paterkowskie. Lola oczywiście była zachwycona: „Hahaha, może się sobie spodobamy?”
Faktycznie pewnego dnia zapukał do drzwi ich domu. Zapytał, czy tu mieszkają państwo Paterkowscy, po czym się przedstawił. W tym momencie Lola zorientowała się, ze to t e n brat pana Henryka. I chyba nieszczególnie przypadł jej do gustu, bo niby do siebie, ale całkiem głośno wyraziła swoje rozczarowanie: „Uuuuuu, taki mały?!”

Józef okazał się jednak bardzo miłym i sympatycznym człowiekiem, Lola go nawet polubiła, ale wpadł w oko Kazi, a i ona bardzo mu się spodobała i w 1935 roku to właśnie z nią wziął ślub. 

Kazia ślubne m A Lola rok wcześniej poślubiła Karola Kleina z Krakowa, który nie dość, że był odpowiednio wyższy od swej wybranki, to jeszcze mógł iść do ślubu w mundurze, a do mundurów Lola miała słabość szczególną. 

Lola i karol ślubne.m

Opublikowano stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , | 13 komentarzy

Wizyta w Czeladzi i zdjęcie w kapuście – 1933

Pojechałam w sobotę do Czeladzi, żeby spojrzeć na budynek plebanii, gdzie ponad sto lat temu była szkoła, do której chodziła Andzia, pochodzić po cmentarzu, spróbować wydobyć od cioci jeszcze jakieś wspomnienia i pamiątki po mojej prababce Ludwice. A może i o Andzi.
Okna plebanii parafii Matki Boskiej Bolesnej są faktycznie podobne do tych ze zdjęcia, ale nie identyczne. Bo tam gdzie są trzykwaterowe (takie jak na zdjęciu z klasą Andzi) ich rozstaw jest inny niż wtedy. Ale przez ponad sto lat mogło się to zmienić…

1

Czeladź, buynek parafii MBB, kiedyś szkoła

Cóż, może komuś jeszcze uda się stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że to jednak o ten sam budynek chodzi.
Byłam też na Betonowej, gdzie kiedyś mieszkała rodzina Domagałów. Nie wiedziałam dokładnie, który z tych mniejszych domków osiedla, w których teraz mieszkają po cztery rodziny, jest tym, w którym mieszkała moja prababka z dziećmi. Ciocia była pewna, że to ostatni lub przed ostatni budynek, ale potem przeglądając „skarby” przywiezione od niej znalazłam na jednej z pocztówek adres: Betonowa 30, zatem chodzi o trzeci od końca dom. Ten, który ma teraz dobudowany taki niby ogródek piwny.

Czeladź betonowa 30To własnie tutaj mieszkała Andzia, kiedy była narzeczoną Sieroży. To najprawdopodobniej także tu mieszkała moja prababka Ludwika ze młodszym o 18 lat drugim mężem, Konstantym. Dom na Piaskowej zbudowała już po rozstaniu z nim.

Przy okazji obejrzałam też wiele innych, pięknych i zabytkowych miejsc, jak choćby stare osiedla robotnicze, z budynkami zupełnie innymi niż śląskie familoki. Chciałabym jeszcze wiedzieć, gdzie był dom rodzinny Sieroży. No bo udało się ustalić, że mieszkał na Piaskach. Może są jakieś stare spisy, gdzie figurowałby adres jego rodziców – Julii i Antoniego Mirowskich.

Udało mi się namówić Ciocię, żeby wobec faktu, że ciągle nie może znaleźć świadectwa mojej prababki ze szkoły dla akuszerek, którą przecież jeszcze w XIX wieku ukończyła („a było gdzieś na pewno!”), sprawdziła, czy nie ma jakichś innych pamiątek z przeszłości. Pudło ze zdjęciami, które mogłam przejrzeć dostarczyło mi tyle „materiału faktograficznego”, że będzie o czym pisać przez najbliższe tygodnie.
Pierwsza perełka to zdjęcie naszego ogrodu z początku lat trzydziestych. Fotografia dla mnie chyba najbardziej wzruszająca, bo zupełnie mi wcześniej nieznana, a dotycząca miejsca, gdzie żyję, tyle że przed ponad osiemdziesięciu laty. No i mama tam jest – taka malutka, tak niewiele mam zdjęć z nią w tym wieku.

przed domem 1933

Zrobiono ją w ogrodzie – Andzia z małą Jasią siedzą w …kapuście??? No tak to wygląda. I to wyjątkowo dorodnej.  Nieco dalej, po lewej przykucnął Julek. Jasia może tu mieć najwyżej trzy latka, jest zatem rok 1933. Julek w październiku skończy 13 lat. Każde nowo odkryte zdjęcie Julka to dla mnie prawdziwy rarytas, bo wszystkie jego podobizny mogę policzyć na palcach obu rąk.
Widoczną po lewej stronie przybudówkę zbudowano w 1932 roku. Ma tu jeszcze taki ładny gzymsik, teraz niestety przykryty warstwą styropianu. Okna w przybudówce, takie jak na tej fotografii, „nieotwieralne”, z jednej warstwy szybek zamontowanych w metalowym rusztowaniu, były jeszcze jakieś 25 lat temu. To także za ich przyczyną było tam zawsze „zimno jak w psiarni” – a przecież było tam pomieszczenie, które do dziś nazywamy łaźnią. Zaś okna w głównej części domu jeszcze dwukwaterowe, takie bielutkie – pewnie przy okazji remontu świeżo pomalowane. Ich zewnętrzna część otwierała się do ogrodu. Przy ścianie między jednym z okien jadalni a oknem korytarza stoi motor. Dziadkowy? Pewnie tak. Skoro miał autobus,to czemu miałby nie mieć motocykla?  To chyba właśnie dziadek Jan stoi po drugiej stronie obiektywu i uwiecznia swoją rodzinę w ten ciepły letni czas (czy dobrze mi się wydaje, że Jasia mimo wyraźnego upału ma na sobie coś w rodzaju płaszczyka?). Rosnące pośrodku drzewo to grusza, już jej nie ma, która rodziła jedyne w swoim rodzaju owoce. Jej gruszki nie miały wydłużonego kształtu, były raczej okrągłe, a kiedy bardzo dojrzały, miąższ przypominał w swej konsystencji gotowanego sypkiego ziemniaka. Widoczne za gruszą drągi to muszą być podpory rosnącej tam zapewne fasoli. Miała tam doskonałe miejsce – słoneczne. A i studnia była blisko, jakby trzeba było podlać. To ta studnia, do której wieka za jakiś czas Jasia przybije ogromnym młotkiem drewniane mebelki, które dostanie w prezencie od swojego taty.
Chyba byli szczęśliwi. A na pewno jakoś spokojni i bezpieczni. Taka mała stabilizacja. W końcu mieli s w ó j dom i to dom z ogrodem. Skończyli jego przebudowę. Andzia miała znowu córeczkę, to na pewno jakoś łagodziło ból po utracie Olusi. Dobrze im się powodziło. Choć dziadek po wypadku nie pracował już w kopalni Artur. Ale miał autobus. Za trzy lata mieli otworzyć swój Chrześcijański Sklep Galanteryjno- Bławatny. Nawet im do głowy nie przyszło jak krótkotrwała to stabilizacja. Choć był to rok, kiedy Hitler doszedł do władzy, chyba mało kto zdawał sobie sprawę, jakie konsekwencje będzie to miało dla Polski.

Mniej więcej w tym samym czasie zrobiono dwa inne zdjęcia, które kiedyś już pokazywałam.

Oprócz Jasi, Andzi i Julka są tu jeszcze dwie Ludwikai: matka Andzi i kuzynka Lucia, córka Antka Paterkowskiego, urodzona podczas ich pobytu w USA. Ma tu mniej niż 20 lat.

Jasia_okolo_1934_z_Wickiem_PtakiemTu Jasia z tatą (chyba, bo trochę za poważnie wygląda, choć bardzo podobny; ale kto inny mógłby to być?) i słynnym Wicusiem Ptakiem (mężem wymienianej później w sklepowym zeszycie Andzi „pani Wicusiowej”). Jakie były jego związki rodzinne z nami (bo podobno były) miał mi opowiedzieć wujek Mundek. Nie zdążyliśmy o tym pogadać…

Zaledwie dziesięć lat później dom i studnia posłużą jako tło do zdjęcia Weberom z Radautz, którzy obejmą w posiadanie nasz dom, podczas gdy Andzia, Jan, Jasia i mały Olek, który urodził się w 1935 roku znajdą się w obozach na terenie Czechosłowacji, a potem Niemiec. Ale wrócą. Julek nie będzie miał tyle szczęścia.
I już nigdy nie będą szczęśliwi, tak jak wtedy w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim…

Niemcy

Opublikowano stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , | 4 komentarzy

Wizyta w Chełmie – 2016.

Znowu byłam w Chełmie. Jak rok temu. Bardzo mnie ciągnie w tamte strony. Bo ciągle mam nadzieję, że jeszcze coś uda się znaleźć, czegoś dowiedzieć, porozmawiać z kimś. Mimo, że tak naprawdę nie ma już nikogo, kto byłby „łącznikiem” z Sierożą, który stał się tak ważną częścią mojego życia.
Niektórzy, tak jak jedna z moich znajomych, dziwią się, że po tym, jak odkryłam, że to on porzucił swoją narzeczoną, moją babcię Andzię, nadal tropię jego ślady i tak jestem nim zafascynowana. Ale jakże mogłoby być inaczej? Dla mnie nie ma znaczenia, że ich miłość się skończyła (a może wcale nie?), ale że BYŁA. I że była taka ważna, że Babcia zza grobu „zmusiła” mnie, bym go odnalazła.
Gdyby nie on, pewnie nigdy nie pojechałabym w tamte strony. A teraz, przyjechawszy tu po raz drugi, czułam tak ogromną radość, jakbym wracała w „swoje” strony.

chełm widok z Kameny

 

kościół Rozesłania Ap. Chełm

Od razu m u s i a ł a m pobiec do kancelarii kościoła pw. Rozesłania Apostołów. To stamtąd wyruszyłam rok temu szukać chełmskich śladów Sieroży. Pan organista, pierwszy z tych życzliwych ludzi, których można tu spotkać na każdym kroku, pamiętał mnie. Ucieszył się, że tyle udało mi się dowiedzieć. Podpowiedział jeszcze kilka rzeczy. Znaleźliśmy też wpis o śmierci matki Marii, żony Sergiusza. Zmarła na początku września 1945 roku. Maria już wiedziała wtedy, że jej mąż nie wróci z wojny, zginął też brat (jest na liście katyńskiej), ojciec nie żył od dawna. I chyba nie było żadnej innej rodziny. Spotkałam się z panią Jolą, która znała Halusię i ona opowiedziała mi, że na pogrzebie poza znajomymi z pracy była tylko siostra – Danusia. Zupełnie nikogo już nie miały.
A przecież Sieroża miał dość liczne rodzeństwo, dziwne, że z nikim nie utrzymywały kontaktu. Może z powodu odległości, bo prawdopodobnie wszyscy zostali na Śląsku lub w Zagłębiu. Ciągle więc może się jeszcze okazać, że ktoś z tych dalszych krewnych trafiwszy na mój blog przypomni sobie o spoczywającej na dnie szuflady fotografii przystojnego legionisty i skojarzy go z „moim” Sierożką…
   Kiedy rok temu trafiłam na wpisy w księgach parafialnych, najpierw o ślubie, a potem o chrztach córek Sieroży, za każdym razem wiek jego żony podawany w tych zapisach budził wątpliwości. Co prawda przy ślubie w 1920 podano, że panna młoda miała 24 lata (tyle, co jej narzeczony), ale przy chrzcie urodzonej siedem lat później Halusi miała … 22 lata! Rok później, kiedy chrzczono Danusię miała już 29 lat. Na jej nagrobku podano, że zmarła w roku 1973, w wieku 73 lat.

bazylika z wieży.m
Udało mi się w końcu dotrzeć do jej aktu zgonu – w kancelarii na Górce Katedralnej.

akt zgonu Marii a. male akt zgonu Marii b. male

Okazuje się, że była rok starsza od Sieroży. A ponad dwa lata od Andzi.

Zmarła na nowotwór w sierpniu – tak jak jej mąż, w trzydzieści dwa lata po jego śmierci. W chwili śmierci miała więc 78 lat, a nie 73 jak to napisano na pomniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z tych wcześniejszych dokumentów zgadza się tylko wiek podany w akcie ślubu – że w lipcu 1920 roku miała 24 lata (choć rocznikowo to już właściwie 25; jeśliby liczyć w analogiczny sposób, to Sieroża miał wtedy 23 lata). Kiedy urodziła Halusię miała prawie 32 lata, Danusię – 33. Może miała jakiś kompleks, stąd to wieczne zatajanie prawdziwego wieku? 
Jedna ze znajomych Halusi, pani Jola, opowiedziała mi uroczą anegdotkę. Halusia,w czasie kiedy pracowała w ChaDeKu, miała wtedy około 60 lat, nie wiadomo czym powodowana zawsze starała się „odmłodzić” Danusię (która była przecież zaledwie rok młodsza od niej). Kiedy ktoś przyniósł do biura jakiś ciuch –  do sprzedania, czy pokazania, wyrażała swoje zainteresowanie (choć sama najczęściej ubierała się w ciemną plisowaną spódnicę i jasną bluzeczkę) i mówiła: „No, mnie to by już nie pasowało, ale dla takiej czterdziestki jak Danusia, to mogłoby być.” Robiła to tak skutecznie, że właściwie dopiero kiedy Danusia zmarła, wszyscy dalsi znajomi poznali jej prawdziwy wiek.

Halusia Mirowska                                                Halusia podczas jednej z wycieczek zakładowych – lata 80′                          
              Byłam w bibliotece, gdzie rok temu udało mi się zainteresować historią Sieroży panie pracujące w czytelni. Zupełnym przypadkiem miała tam tym razem dyżur jeszcze jedna znajoma Halusi – pani Maria, która przysłuchując się mojej rozmowie z towarzyszącą jej koleżanką nieśmiało zapytała, czy to o Halusię Mirowską chodzi. Niemal spijając każde słowo z jej ust dowiedziałam się kilku drobiazgów o siostrach. Drobiazgów, które składają się na obraz ich życia.

Po pierwsze obie były niezwykle sceptyczne w stosunku do mężczyzn. Potwierdziła to też potem pani Jola. Danusia poznała kiedyś w sanatorium (dokąd jeździła w związku z postępującą chorobą stawów) pewnego mężczyznę. Znajomość była na tyle zażyła, że nawet planowała ślub, ale Halusia „wszystko rozgoniła”. Bo miał za duże, czy za czerwone dłonie. I nie byłby dobrym mężem.
Dowiedziałam się też, że tuż po wojnie, zdaje się, że mieszkały wtedy jeszcze na Reformackiej, dziewczynki razem ze swoją mamą miały osobliwy, ale piękny zwyczaj: w Wigilię wychodziły przed dom i częstowały przygotowanymi wcześniej potrawami, przede wszystkim tych, którzy byli od nich ubożsi.

20 m
Halusia bardzo ciepło wspominała ojca – matkę raczej nie. Podobno dało się wyczuć, że ich wzajemny stosunek nie był szczególnie serdeczny. Była też dumna z tego, że ojciec był przedwojennym wojskowym. Jeździły na Powązki Wojskowe na grób ojca, przy okazji odwiedzając też grób jakiegoś Jureczka. Niestety pani Maria nie wie, kim był Jureczek.
Z kolei pani, która rok temu pozwoliła mi skopiować stare zdjęcia Mirowskich przypomniała sobie jeszcze, że Danusia opowiadała, że po wrześniu „strasznie czekały na ojca”. I że w czasie, kiedy już przebywał w Szpitalu Ujazdowskim jego żona Maria najprawdopodobniej raz go tam odwiedziła. Pewnie były też  jakieś listy ze szpitala, może ze stalagu, ale niestety nie ma po nich śladu. Prawdopodobnie przepadły w czasie licznych przeprowadzek po wojnie. Szkoda…

       Udało mi się też dotrzeć do pani Zofii, sąsiadki sióstr, która od niemal pięćdziesięciu lat mieszka na 1 Pułku Szwoleżerów. W każdym razie mieszkała tam już wtedy, kiedy żyła jeszcze żona Sieroży. Oczywiście, że ją pamięta. Ulica nosiła wtedy nazwę Odrodzenia Wojska Polskiego. Pięknie mi opowiadała o  przeszłości, przede wszystkim swojej, ale to nie był dla mnie stracony czas. O tym, że urodziła się i mieszkała w Marysinie, a do szkoły chodziła do Rejowca (który swą nazwę zawdzięcza założycielowi – Mikołajowi Rejowi). Do tego Rejowca miała siedem kilometrów – zimą wraz z kilkorgiem innych dzieci jeździła do szkoły na nartach. W Chełmie bywała przed wojną z rodzicami na zakupach: „Cała Lwowska była żydowska – same sklepy”. W Rejowcu Żydów było jeszcze więcej. Miała żydowskich nauczycieli w szkole i wiele koleżanek Żydówek; niektóre z nich zapraszały ją do siebie z okazji żydowskich świąt. Bo generalnie we wspomnieniach pani Zofii relacje polsko-żydowskie były bardzo poprawne.

P. Zofia Otrębowska - Rzeźniak sąsiadka sióstr

Piękna, elegancka, prawie dziewięćdziesięciotrzyletnia pani o jasnym umyśle i doskonałym wzroku. Zachwyciła ją historia Andzi i Sieroży. Pokazałam jej na komórce zdjęcia. Podpisy czytała szybciej ode mnie. Bez okularów. 

Zapamiętała matkę Danusi i Halusi jako osobę zamkniętą w sobie, trochę wyniosłą, sprawiającą wrażenie bardzo wykształconej. Żaden kawaler z otoczenia córek nie był odpowiedni, by zostać jej zięciem. Podobno swego czasu Halusia była bardzo zauroczona pewnym mężczyzną, ale matka skutecznie wybiła go córce z głowy, bo … był kierowcą i „nie pasował do nich”. Pojawiali się jeszcze inni, ale też ze zbyt marnym wykształceniem jak na aspiracje pani Mirowskiej. Pewnie stąd wzięło się nastawienie samej Halusi do tego „problemu” i dlatego i ona nie pozwoliła młodszej siostrze ułożyć sobie później życia z żadnym mężczyzną.
Pani Zofia potwierdziła, że siostry codziennie chodziły na mszę do Bazyliki na Górce. Musiały po drodze mijać to piękne zabytkowe osiedle, Nowe Miasto, które i ja mijałam biegnąc na spotkanie z nią.

Chełm Nowe Miasto chełm osiedle Nowe Miasto.m

Żałuję, że nie miałam czasu, żeby zostać dłużej. Nie chciała mnie wypuścić. Może jeszcze kawka? No i obowiązkowo pomadeczka na drogę. Obiecałam, że jeszcze przyjadę. A ja zazwyczaj dotrzymuję słowa. 

Spróbowałam jeszcze dostać się do mieszkania na Reformackiej 6. Bo w lokalu pod piątką nadal nikt nie mieszka – tak jak rok temu. A jest to mieszkanie komunalne. Za radą pani Joli poszłam więc do Wydziału Infrastruktury przy Urzędzie Miasta. Odesłano mnie stamtąd do Przedsiębiorstwa Usług Mieszkaniowych. Okazało się, że w mieszkaniu nadal formalnie figurują jako lokatorzy synowie pani, która zmarła około dziesięć lat temu. Ale tam nie mieszkają, a sprawa najmu jest nieuregulowana. W każdym razie kluczy nie oddali. I wejść się nie da.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zaginęła też stara dokumentacja budynku, na podstawie której dokonywano parę lat temu rewaloryzacji elewacji tej pięknej kamienicy. Udało mi się tylko dowiedzieć, że całe mieszkanie ma powierzchnię nieco ponad 46 m2 i składa się z jednego dużego pokoju – ponad 30 m2 – i kuchni. I że przed wojną ubikacje były wspólne – na parterze.

Podobno okna przedwojennego mieszkania Sieroży nie wychodzą jednak na „figurkę”, jak określono stojącą na wysokim cokole postać Matki Boskiej, czyli na ulicę Podwalną, lecz na szkołę przy Reformackiej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
To jest dość dziwne. Logiczne wydaje się, że jednak, tak jak myślałam wcześniej, Sieroża mógł wyglądać z okna na Podwalną, potwierdziła to nawet jedyna sąsiadka, którą zastałam, ale ona mieszka tam od niedawna, więc pewności nie ma.
Niby mało istotne, ale chciałabym wiedzieć. Może kiedyś uda mi się tam zaglądnąć i sprawdzić. Bo pewnie tam jeszcze pojadę.

chełm panorama

 

bayzlika z bramy

 

chełm cerkiew

Opublikowano Chełm | Otagowano , , | Skomentuj

Starowiślna 39 m.4

13695940_1233703106662013_301148153_n

No więc pojechałam tam.
Na Starowiślną 39, gdzie we wrześniu 1945 roku mieszkała pod czwórką Barbara Gołębska, która w więzieniu w Miechowie spotkała Julka i potem szukała z nim kontaktu.
13706095_1233702386662085_1706245828_n Być może przez tę bramę w 1945 roku wchodził dziadek Jan, żeby potem schodami po lewej wejść na pierwsze piętro i porozmawiać z Barbarą, próbując  znaleźć jakiś trop, który pomoże mu odszukać syna. Albo dowiedzieć się czegokolwiek o Julku, „przytulić” ożywioną w pamięci jego postać.  Myślę, że na pewno tam był. Zwłaszcza, że pracując w tym czasie jako kierowca PKS na trasie Kraków- Wrocław bywał często w tym mieście. A i sama trasa też raczej nie była przypadkowa. Bo i we Wrocławiu dziadek szukał Julka.

13695187_1233702856662038_1998958066_n
Tak, jak się spodziewałam nie znalazłam ani pani Barbary (która musiałaby być naprawdę wiekową osobą), ani nikogo, kto by ją pamiętał. Ale musiałam to sprawdzić. Dowiedziałam się za to, że jeszcze jakieś cztery lata temu pod tym adresem mieszkali państwo Skąpscy. Stara pani Skąpska, matka głównego najemcy była córką Włodzimierza Tetmajera. Tego Tetmajera, który ożenił się z Anną Mikołajczykówną z Bronowic, gdzie gościem bywał Lucjan Rydel, którego z kolei wesele z siostrą Anny Jadwigą stało się kanwą dramatu Wyspiańskiego. Niezwykłe, prawda?

Barbara Gołębska prawdopodobnie wynajmowała  w 1945 roku pokój u Skąpskich. Dziś już się tego nie dowiem. Znowu spóźniłam się o parę lat, bo pani Skąpska zmarła w 2009 roku w wieku 98 lat.drzwi
Mieszkanie numer 4 stoi puste. Ktoś nawet chciał wynająć, ale cena czynszu i koszt remontu były dla niego zaporowe. Czynsze w ostatnich latach bardzo wzrosły za sprawą ustanowionego przez sąd kuratora potencjalnego spadkobiercy, który jest poszukiwany.  Ogromne są też koszty ogrzewania wysokich na 3,80 m mieszkań. Lokatorzy, których nie stać na ten wydatek już otrzymali nakaz eksmisji. Tak, jak mój rozmówca, który opowiedział mi także swoją historię. O próbie odzyskania odszkodowania za pozostawioną we Lwowie kamienicę należącą do jego ojca i o dworze w Komarnie. I o szlacheckich korzeniach i dokumentach w Bibliotece Jagiellońskiej datowanych na 1640 rok potwierdzających ten fakt. I o rodowym herbie Trzaska.
Pojechałam więc nie na darmo, bo ja przecież uwielbiam słuchać takich opowieści…
A jeśli jeszcze przy okazji mogę zrobić zdjęcia tych zaczarowanych miejsc na krakowskim Kazimierzu, które są takie same, niezmienne od lat, to czuję, że naprawdę dotykam historii.

13672211_1233702443328746_84554381_n13695932_1233702516662072_1261002248_n 13735253_1233702826662041_479047472_n 13735311_1233702323328758_1590508826_n

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Julek, raz jeszcze

Szukając świadectw Mamy związanych ze zmianą przez nią szkoły średniej znalazłam list, o którym kiedyś wspominałam. Świadectwa też są, wkrótce o tym napiszę.
Kiedy mój dziadek pisał swój testament , wierzył, że jego najstarszy syn jeszcze się odnajdzie. Jedna z moich czytelniczek poprosiła przy okazji tego wpisu, żebym jeszcze coś napisała o losach Julka, a ja zdając sobie sprawę, że raczej nic nowego nie uda mi się ustalić obiecałam uporządkować wszystko to, co wiem o tej – niezwykłej dla mnie – postaci.
Napisałam „niezwykłej” i natychmiast zdałam sobie sprawę, że ktoś może mi zarzucić, że popełniam nadużycie. Bo tak naprawdę co niezwykłego zrobił w swoim krótkim życiu? Nawet nie walczył w obronie Ojczyzny w 1939 roku, choć miał wtedy prawie 19 lat. Pewnie miało to jakiś związek z jego „zwolnieniem z ćwiczeń cielesnych” w okresie gimnazjum, choć na pierwszy rzut oka był zupełnie sprawny fizycznie. Mama nigdy nie wspominała o jakichś jego niedomaganiach, krewni, którzy go pamiętają mówią, że był wysokim, przystojnym chłopakiem. Więc nie wiem… Za jego „niezwykłością” nie mogą też przemawiać wyniki w nauce. Pamiętam, jaka byłam zdezorientowana oglądając jego świadectwa gimnazjalne ; moja Mama zawsze wyrażała się o nim jak o wyjątkowo inteligentnym człowieku, a tu taki klops… Chyba był takim trochę …lawirantem.
Mimo to jednak przejęłam od Mamy tę ogromną sympatię do mojego nieznanego wuja i odkrywanie kolejnych kart jego historii było dla mnie niesamowitym przeżyciem, a on sam – tak, mimo wszystko – jest dla mnie postacią niezwykłą.
Urodził się 20 października 1920 roku w Sierszy, gdzie jego tata, mój dziadek Jan mieszkał i pracował jako szofer – mechanik w Sierszańskich Zakładach Górniczych, konkretnie w kopalni „Artur”. Dziadek był posiadaczem jednego z pierwszych w wolnej Polsce prawa jazdy, zwanego wówczas „Świadectwem uzdolnienia” i tym samym jednym z pierwszych „kierowników samochodów”. Mamą Julka była pierwsza żona dziadka, Anna Randee, Francuzka, arystokratka, potomkini mennonitów, przywieziona przez dziadka z Astrachania, gdzie sam spędził kilka lat, zanim postanowił uciekać przed bolszewikami i ratować przed nimi również Annę, którą poślubił w 1913 roku, co udało mi się odkryć dzięki „tajnemu współpracownikowi”, który przejrzał dla mnie astrachańskie archiwa. Historia związana z Anną też jest niesamowita; jeśli kogoś to zainteresuje, polecam wpisać w wyszukiwarce na blogu (w prawym górnym rogu): „Anna Randee” i prześledzić moje „śledztwo” w jej sprawie.
anna_i_jan_do_bloga
Julek urodził się w dwa lata po ucieczce rodziców z Rosji, a po półtora roku przyszła na świat jego siostrzyczka Ania. Jej matką chrzestną została Andzia, moja babcia, która – co także udało mi się odkryć – została wcześniej przyjaciółką Anny. Były w podobnym wieku, na pewno się mogły polubić. Jan był kuzynem, a właściwie wujem Andzi (dlatego się poznały), a ona sama … przeżywała właśnie odejście ukochanego Sieroży, który – zawodowo i rodzinnie postanowił związać swoją przyszłość z Chełmem.
Niewykluczone, że Andzia bywała z Nowakami na sławetnych balach w sierszańskim Sokole, czy w kasynie urzędniczym. Na jednym z tych balów żona Jana bardzo się przeziębiła. Jej malutka córeczka też wtedy ciężko zachorowała.
Mała Ania zmarła w maju 1923 roku, w wieku piętnastu miesięcy, a wkrótce po niej jej mama, którą Andzia pielęgnowała przez kilka ostatnich miesięcy życia, przeniósłszy się na ten czas z Czeladzi do Trzebini. Wtedy opiekowała się też dwuipółletnim Julkiem. Bo Jan przecież musiał pracować.
Po śmierci Ani i Anny została w Trzebini, a po pięciu miesiącach, 10 listopada 1923 roku poślubiła Jana i tym samym stała się mamą dla Julka.

Andzia_z_Dziecmi

OLYMPUS DIGITAL CAMERA


Bardzo go kochała i zawsze traktowała jak własne, a nie przybrane dziecko.
Na zdjęciach powyżej jest też Olusia, córeczka Andzi i Jana, urodzona dziewięć miesięcy po ślubie, która zmarła w wieku niespełna czterech lat.

 

W 1930 roku przystąpił do Pierwszej Komunii Św. – w kościele w Krystynowie.

KOmunia

 

Wtedy miał już siostrzyczkę – Jasię, moją Mamę, która przyszła na świat miesiąc wcześniej. Po pięciu latach urodził się Olek.

chrzciny Olka

Julek w latach trzydziestych był uczniem Gimnazjum Męskiego w Chrzanowie.Potem Koedukacyjnego w Oświęcimiu.

Julek gimnazjalistaNie był wybitnym uczniem, czego dowodem są świadectwa, o których wspominałam. Ale zawsze przy okazji tych jego mało spektakularnych wyników w nauce myślę o tym, że i ówczesne wymagania musiały być dużo wyższe, bo po lekturze jego zeszytów wiem, że dziś byłby uczniem co najmniej dobrym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W czasie okupacji Julek przez jakiś czas  (od 1941) pracował w Breslau; dzięki temu uniknął wysiedlenia i wywózki do obozu w 1942 roku.

JUlek Breslau

Przeżywał swoje miłości (i romanse) – zachowały się listy od Maśki Bryndzkiej, z którą, zdaje się, łączyło go to drugie i od Haneczki- Niusi Pieczonki, z którą planował ślub…
Kiedy rodzice i rodzeństwo byli już w obozie we Frysztacie, a potem w Boguminie przyjeżdżał do Trzebini i pewnie patrzył na dom, w którym mieszkali już Weberowie – umsiedlerzy z Bukowiny, którym przydzielono ten adres. Po drugiej stronie ulicy był dom wujenki Kołodziejczykowej i pewnie u niej mógł wtedy nocować. Bywał też w Czeladzi u babki Ludwiki i u wuja Felka. Zawsze miał ze sobą jakąś kontrabandę, najczęściej tytoń, a to było bardzo ryzykowne.
Prawdopodobnie został złapany podczas jakiejś łapanki w Krakowie w 1944 roku (Andzia miała skądś tę informację i podawała ją szukając syna przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, ale ta data nie jest sprawdzoną informacją). Zaświadczenie o zatrudnieniu mogło być dla niego przepustką do wolności, chyba że … miał przy sobie coś, czego mieć nie powinien.
Przewieziono go do więzienia w Miechowie. Tam właśnie poznał Barbarę Gołębską, która szukała go początkiem września 1945 roku. Prawdopodobnie przez kogoś, kto jechał do Trzebini, znając tylko nazwisko ojca Julka, podała list z prośbą o kontakt.

List o Julku adresat

List o Julku a 1945
„Łaskawy Panie!
Jeżeli to możliwe to proszę o wiadomość o Synu Pana, p. Julianie Nowaku, który był przez trzy tygodnie moim towarzyszem niedoli w więzieniu w Miechowie. Został potem przewieziony do więzienia w Królewskiej Hucie.
O ile Pan Julek jest już w domu to niech sam do mnie napisze. Do 15 września będę w Zakopanem pod adresem: ul. Kasprusie, willa „Zawrat”. Potem wracam do Krakowa, gdzie adres mój jest: ul. Starowiślna 39 m.4
                                               Barbara Gołębska”

Jak przez mgłę pamiętam, że mama coś opowiadała, że kontaktowali się z tą panią, ale oczywiście wtedy niczego więcej się od niej nie dowiedzieli.
Pod koniec lat 80′, Olek, młodszy brat Julka po wieloletnich poszukiwaniach w różnych archiwach uzyskał odpis aktu jego zgonu.

akt zgonu Julka a
akt zgonu Julka b

 

Teraz widzę, że musiał być jeszcze jakiś dokument stwierdzający śmierć Julka, bo pamiętam, że było tam napisane: „zastrzelony podczas próby ucieczki”. Muszę poszukać…
Jest jeszcze jedna zagadkowa dla mnie rzecz. Olek zrobił skan koperty z adresem do Julka (oryginału chyba nigdzie tu nie mam).

koperta listu do Julka do więzieniaO ile już wcześniej wiedziałam, że w obozie 4923 w Królewskiej Hucie (czyli w Chorzowie) przebywał w 1943 roku ( kartka do Jurka Bryndzkiego i pozdrowienia do jakiegoś Ullego), to ta koperta jest dla mnie zupełną zagadką. List wysłano z  B r es l a u 13 ma ja 1943 roku na adres obozu,a charakter pisma jest niezwykle podobny do dziadkowego. A przecież dziadek był wtedy w obozie we Frysztacie.
Szkoda, że nie ma tego listu. Może był w domowym archiwum wujka Olka, ale tyle osób pomagało mi w uporządkowaniu mieszkania po jego śmierci i tyle było tam pracy, że trudno teraz zastanawiać się nad tym, czy ktoś przypadkiem nie uznał, że jest to mało wartościowa makulatura i po prostu nie wyrzucił do śmieci. Treść listu mogłaby pewnie wiele wyjaśnić.
Informacja podana przez Andzię, że aresztowano go w 1944 też może być nieścisła. Bo to by oznaczało, że w Królewskiej Hucie był więziony dwukrotnie. Ale z drugiej strony ta korespondencja z 1943 roku jakoś się u nas znalazła, choć wcale nie była wysyłana na trzebiński adres. Więc to możliwe – w Królewskiej Hucie, czyli w Chorzowie był dwukrotnie. I wcale nie musiało to być to samo miejsce: w 1943 Gemeinschaftslager, a potem więzienie…
Teoretycznie Barbara Gołębska ze Starowiślnej 39 w Krakowie może jeszcze żyć…
Spróbuję to sprawdzić.

 

Opublikowano czas tuż po wojnie, stara fotografia, Trzebinia dawniej | Otagowano , , , , | 5 komentarzy