Ślubna fotografia 1906

Trzy lata wcześniej, 20. października 1906 roku, w sobotę, dwudziestotrzyletnia Anna Kołodziejczykówna poślubiła o cztery lata starszego od siebie Jana Cecugę, syna Sebastiana i Kunegundy z domu Kulig.
Nie wiem, jak się poznali, bo Jan pochodził z krakowskiego Zwierzyńca, ale faktem jest, że rodzina o tym nazwisku mieszkała (i zdaje się mieszka nadal) także w Trzebini. Być może Jan odwiedzał swoich krewnych i wtedy wpadła mu w oko Anna? Miała dwie starsze siostry, z których tylko jedna, moja prababka Ludwika była w tym czasie mężatką (zresztą od prawie 10 lat). Kiedy Anna i Jan brali ślub, nasz parafialny kościół Św. Apostołów Piotra i Pawła wewnątrz wyglądał tak:

stary kosciol                        źródło: fotopolska.eu

Po ślubie zamówiono trzebińskiego fotografa Bolesława (swoją drogą, to dziwne, że do dziś nie wiadomo dokładnie, jak się ów Bolesław nazywał, ani gdzie dokładnie mieścił się jego zakład), żeby zrobił młodym zdjęcie  ”w plenerze”.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Zawsze troszkę mnie śmieszyło to zdjęcie: panna młoda - poważna z nieobecnym wzrokiem utkwionym gdzieś w dali i nieduży, najwyraźniej zadowolony z siebie facecik ze śmiesznym wąsem i odstającymi uszami patrzący prosto w obiektyw. Był faktycznie niewielkiego wzrostu: dzięki jego książeczce wojskowej, której skany posłał mi jego wnuk, a mój wuj Dennis, wiem,że mierzył tylko 159 cm wzrostu.

Październik musiał być dość ciepły tamtego roku, państwo młodzi nie wyglądają na zmarzniętych. Zdjęcie prawie na pewno wykonano przed domem, o którym wspominałam w poprzednim wpisie. Cecugowie zamieszkali w nim razem z rodzicami Anny i ich pozostałymi dziećmi. Pewnie trochę im było ciasno, zwłaszcza kiedy Anna po dokładnie dziewięciu miesiącach urodziła swoje pierwsze dziecko - Marię, a jej starsza niezamężna siostra Marianna pół roku po niej również została mamą.
Cecugom urodzili się potem, jeszcze w Polsce, dwaj synowie: Sylwester w 1909 i Jan w 1912.

26. lipca 1913 roku Jan wyruszył z Bremy na statku Königin Luise do Ameryki
i po 11 dniach, 6. sierpnia dotarł na wyspę Ellis w Nowym Jorku. W księdze pokładowej zapisano, że udawał się do swojego brata Antoniego Paterkowskiego; w rzeczywistości był to jego szwagier, mąż młodszej siostry Anny, Julii (tej najładniejszej). Antoni, który był tokarzem, przebywał w Stanach od trzech miesięcy, dokładnie od 7. maja 1913, kiedy przybył tu po trwającym dziewięć dni (!) rejsie na statku Kronprinzessin Cecilie. W październiku tego roku przybyła do niego żona Julia z ich trzyletnią córeczką Karoliną, ale o nich opowiem osobno.

 Przy okazji: zaskoczyła mnie ta długość, a właściwie  „krótkość” trwania rejsu przez Atlantyk – było to przecież sto lat temu! Byłam przekonana, że taki rejs musiał trwać około miesiąca. Zachowały się jednak księgi okrętowe i archiwa (na wyspie Ellis), dzięki którym można dokładnie dowiedzieć się kiedy, skąd, jakim statkiem nasi przodkowie przybyli do USA; co więcej – wiadomo na przykład ile mieli przy sobie dolarów i jaki był adres ich krewnych w Polsce (a właściwie w Austrii: Trzebinia, Krakowskagasse 107),  a także do kogo w USA przybywali. Można nawet zobaczyć, jak wyglądał statek, którym płynęli.
Na wyspie Ellis w latach 1892-1924 działało główne centrum przyjmowania imigrantów z Europy przybywających na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie było wtedy konsulatów, gdzie można by uzyskac wizę, więc ludzie płynęli właściwie w ciemno, licząc, że zostaną wpuszczeni do swojej „ziemi obiecanej”. Co rzeczywiście w ok. 98% przypadków się udawało, a te 2%, którym kazano wracać byli to zazwyczaj ludzie z jakąś kryminalną przeszością lub chorzy psychicznie.

Po roku do Jana dołączyła Anna, której towarzyszyła trójka dzieci: sześcioletnia Maria, czteroletni Sylwester i dwuletni Jan. Wyobrażacie sobie podróż statkiem, w kajucie trzeciej klasy z trójką takiego drobiazgu i pewnie jakimś dobytkiem (jechała przecież na zawsze)? Musiała być bardzo dzielną kobietą. A przecież najpierw (cztery dni wcześniej) musiała udać się pociągiem (chwała Bogu, że  w Trzebini była stacja kolejowa) do pruskiej stacji granicznej w Mysłowicach i stamtąd już bez przesiadek do Bremy, gdzie urzędnicy „Jedynej polsko-czeskiej firmy dla przewozu osób pospiesznymi okrętami do Ameryki i wszystkich zamorskich krajów – Karesz i Stocki, Bremen” na dworcu kolejowym, na podstawie karty okrętowej „widocznie trzymanej w ręku” rozpoznawali swoich pasażerów i prowadzili do gospody,  gdzie dostawali oni „mieszkanie z całem utrzymaniem aż do odjazdu okrętu zupełnie za darmo”.
 Taka szyfkarta kosztowała wówczas 213 koron od osoby.
Mój wuj Dennis nie mógł znaleźć śladu swojej babki Anny w archiwach wyspy Ellis; pisał do mnie, że wie, jakim statkiem przypłynęła i kiedy wyruszyła (zachowało się coś w rodzaju jej karty pokładowej, stąd wiem o tych Mysłowicach i całej reszcie), nie ma jednak śladu po niej w archiwach.

karta pokładowaPonieważ, jak czegoś chcę się dowiedzieć, to nie odpuszczam i szukam wszędzie, gdzie tylko się, udało  mi to ustalić. Choć początkowo przeszkadzało mi strasznie moje przekonanie, że ten rejs „musiał trwać kilka tygodni” i przez to nic mi się nie zgadzało. Kiedy jednak przeszukałam listy pokładowe dwóch rejsów statku George Washington z Bremy do N.J. w czerwcu 1914 roku (Anna wypłynęła 30. maja z Bremy) okazało się, że wyszukiwarka … nie miała szans: ręcznie wpisane nazwisko „Cecugowa” amerykański urzędnik odczytał jako „Mengowa”.
Pod takim samym nazwiskiem figurowały tam jej dzieci.

Jan i Anna zamieszkali w Buffalo i doczekali się w Ameryce jeszcze dwójki dzieci: Juliusza ur. w 1915 i Heleny ur. w 1919, która żyje do dziś i to ona jest właśnie matką Dennisa.

cecugowie z zięciem Schwartz
Tak wyglądali ok. 1943 roku- tu ze swym zięciem, mężem Heleny.

To zdjęcie posłał mi Dennis. Pomiędzy Janem i Anną stoi Helen, na dole po lewej Sylwester, a po prawej Julian – zdjęcie zrobiono na początku lat trzydziestych.

Jan zmarł w 1944 roku, Anna w 1972. W 1949 roku odwiedziła jeszcze Trzebinię.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Anna siedzi pośrodku, z prawej Julia, pomiędzy nimi stoi moja babcia Andzia. Pierwsza z lewej siedzi prawdopodobnie moja prababka Ludwika (żona Kozła). Kobieta z dzieckiem na ręku to Lucia, córka Julii (urodzona w czasie pobytu rodziców w USA). W tle widać przybudówkę naszego domu z oknem od „łaźni” i garażem, który później został przerobiony na dodatkowy pokój.

Zachowały się listy Anny do jej siostry, Julii, która wróciła do Polski.
Jako staruszka pisała w nich, że żałuje, że nie wróciła razem z nią…

Ten wpis został opublikowany w kategorii stara fotografia, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>