chrzciny Olka i … imieniny? 1935

      W poniedziałek, 8. kwietnia 1935 roku, w wieku 38 lat Andzia urodziła swoje trzecie dziecko – Olka. To imię na pewno nie było przypadkowe. Tak jak kiedyś jej młodszy brat otrzymał imię po zmarłej siostrze-Feli, tak teraz sama chciała chyba, żeby pamięć jej pierwszej córeczki – Olusi, była żywa w tym nowo narodzonym dziecku. Myślę, że tak właśnie mogło być…

29. czerwca, w sobotę Olek został ochrzczony w kościele Św. Św. Ap. Piotra i Pawła w Trzebini. Mam dwa zdjęcia z przyjęcia, które odbyło się w domu z okazji tej uroczystości. Właściwie to pierwsze wykonano chyba przed wyjściem do kościoła-stół jest jeszcze pusty, wszyscy poważni, żeby nie powiedzieć – „sztywni”…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPierwszy z lewej to oczywiście Julek – piętnastolatek w gimnazjalnym mundurku, z tarczą na ramieniu, mimo, że od zakończenia roku szkolnego upłynęły już dwa tygodnie. Tak wynika ze świadectwa ukończenia drugiej klasy (same dostateczne, tylko z przyrodoznawstwa dobry, zachowanie-odpowiednie, na opuszczonych 67 godzin – 9 nieusprawiedliwionych). Noszenie mundurka to musiała być swego rodzaju nobilitacja; nie wyobrażam sobie, żeby współczesny gimnazjalista „obnosił się” w taki sposób w czasie wakacji…
Z przeciwnej strony siedzi pięcioletnia Jasia w jasnej sukience z marynarskim kołnierzem i  w białych, zwijających się w „obwarzanki” rajstopkach. Andzia i Jan siedzą pośrodku. Dziadek ma tu 46 lat, ale wygląda starzej. Prawdopodobnie chorował już na nowotwór przełyku, choć nie wiem, czy wtedy już zdiagnozowano tę chorobę. Niedawno wujek, syn młodszego brata dziadka, Felka, który przejął po nim „szoferowanie” w Zakładach Sierszańskich, opowiedział mi, że słyszał od swojego ojca, że Janek był raz (chyba z dyr. Dunajeckim) w Pradze i tam napił się zimnego piwa – od tego podobno zaczęła się jego choroba.
Na lewo od Andzi siedzą najprawdopodobniej Łukasikowie: najmłodsza rodzona siostra dziadka Marysia
 (bo były jeszcze siostry przyrodnie z drugiego małżeństwa pradziadka) z mężem Ludwikiem. Muszę to jeszcze zweryfikować. Nie mam natomiast najmniejszego pojęcia, kim są osoby między Jasią  a Janem, choć pojawiają się jeszcze na kilku zdjęciach.
Ściany mają inny deseń, niż na zdjęciu „po balu…”, czyżby je przemalowano? To mogło być oczywiście inne pomieszczenie, ale na ścianie wisi ten sam obraz, a z przodu widać fragment fotela z tamtego zdjęcia.
Tyle rzeczy widocznych na fotografii jest ciągle w moim domu: oprócz fotela stół, kredens, obraz odbijający się w szybie drzwiczek po lewej stronie, koronkowa serwetka, rozpoznaję nawet malutki szklany półmisek stojący na stole. Tylko ludzi już nie ma…

chrzest_Olka__Kopia 

No i zagwozdka: kiedy przyglądnęłam się temu drugiemu zdjęciu, o którym sądziłam do tej pory, że zrobiono je właśnie na chrzcinach, zauważyłam, że chyba nie zostało wykonane w tym samym dniu, co poprzednie. Ludzie inni, ale to zrozumiałe, mogli dojść kolejni goście, już po uroczystości w kościele; Andzia ubrana po domowemu, ale mogła się przebrać; kwietnik przesunięto w lewą stronę;  mężczyzna pierwszy z prawej, który był również na poprzednim zdjęciu miał coś białego wpięte w klapę-teraz nie ma. Może to i chrzciny, a może imieniny Jana (15 maja-wtedy obchodził, to wiem na pewno) lub Andzi – 26 lipca. Są jeszcze kwiaty stojące na kredensie… To pewno mniej więcej ten sam czas. Jasia i Julek wyglądają niemal identycznie, jak na tamtej fotografii.
Z „nowych” gości rozpoznaję brata Andzi-Felka Domagałę z Czeladzi (to ten opalony mężczyzna, który nachyla się nad ramieniem jakiejś kobiety). Mała Jasia uroczo coś pokazuje fotografowi- w zbliżeniu wygląda to jak grzechotka – więc może to faktycznie chrzciny?

Patera na ciasto, widoczna na zdjęciu, nadal jest w naszym domu. Na Boże Narodzenie „buduję” z niej i dwóch mniejszych tzw. klosz na słodycze, orzechy i owoce. Kiedy byłam mała, Mama tak robiła. Podobno tak samo robiono przed wojną.
Stół, ze względu na swoją budowę (jedną solidną „nogę” pośrodku) za niecałe siedem lat od momentu, kiedy zrobiono zdjęcie, wyda się bardzo podejrzany ludziom w mundurach ze swastyką. Wywrócą go tą jedną nogą do góry, przekonani, że znajdą tam coś ukrytego. Niepotrzebnie. Po ponad siedemdziesięciu latach stanie w mojej kuchni – mimo, że trochę za duży, ale czy mogłabym się go pozbyć???

    Muszę jeszcze przy okazji tych zdjęć wspomnieć anegdotkę, którą opowiadała mi Mama. Otóż, w latach trzydziestych dziadkowie mieli służącą, może nie cały czas, ale była dziewczyna, która zajmowała się dzieckiem, pewnie właśnie podczas jakichś uroczystości rodzinnych. Przed jedną z takich uroczystości (może nawet właśnie przed chrzcinami) Andzia poprosiła ją, żeby – jeśli coś się zdarzy i jej pomoc będzie niezbędna- zawołała ją, ale tak „przez kwiatki” (chodziło o to, żeby nie mówić wprost i nie informować wszystkich gości, że coś się stało). Dziewczyna potraktowała to bardzo dosłownie. Podobno w pewnym momencie stanęła za kwietnikiem i zawołała: „Proszę pani, bo Łoluś się zesrał!”;))

Ten wpis został opublikowany w kategorii stara fotografia, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „chrzciny Olka i … imieniny? 1935

  1. iwona.magdalena pisze:

    Piekna angdota!

    Jescze raz powiem (napiszę), ze bardzo Ci zazdroszczę tych pamiątek – prawda, ludzi już nie ma, ale te przedmioty coś z nich przeciez zachowały, dzięki nim – patera, stary stół, kredens – ci ludzie są trche jednak obecni, mozesz pomysleć – na tym fotelu siedział mój dziadek, a tę paterę myła babcia Andzia. Przedmioty sa łącznikiem, nie tylko sentymentalnym – oni przecież naprawdę dotykali tych rzeczy. Z rodzinnego domu mojej mamy nie zachowało sie nic, po wojnie dziadkowie zasiedlili poniemieckie mieszkanie (ich dom w Gdyni Cisowej był zniszczony), a ja – majac lat naście – uchroniłam przed wyrzuceniem stare biurko, dwa krzesła „neogdańskie”, śliczną damska biblioteczkę. Niestety, nie udało mi się uchronic wspaniałej komody z toaletką – była za duza i została w likwidowanym mieszkaniu po smierci babci. To, co sie zachowało, stoi teraz u mnie, choć de facto to pamiatki po jakiejs niemieckiej rodzinie, której nazwiska nie znam, ale z braku laku…, a poza tym – moi dziadkowie dotykali tych rzeczy..

    Jeszcze tylko slowko, ze na tym pierwszym zdjeciu faktycznie wszyscy sa nad wyraz powazni, a pani w jasnej sukience to nawet przerazona, tylko Andzia lekko sie usmiecha, z dystansem podchodzac do tej celebry.

    serdecznosci,

    iwona

  2. vilejka pisze:

    i w tym, że Oni tego dotykali jest właśnie ta magia i ta łączność z przeszłością:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>