Marsz Śmierci do Heinkel-Werke Oranienburg

leg dziadka heinkel werke

leg dziadka heinkel werke rewers

To jedna z najcenniejszych pamiątek w naszym rodzinnym archiwum: zachowana w niemal idealnym stanie legitymacja mojego dziadka, tzw. Ausweis o wymiarach 10×7,5 cm. W plastikowej obwolucie i metalowej ramce z wybitym numerem 07 802 i napisami Heinkel-Werke z jednej i ORANIENBURG z drugiej strony. Ausweis pochodzi z okresu, kiedy dziadek Jan pracował właśnie w Zakładach  Heinkla w Oranienburgu pod Berlinem. Ze wspomnień Olka wynika, że to  było właściwie Germendorf, ale to ta sama fabryka, rozmieszczona w trzech sąsiadujących miejscowościach: Oranienburg, Germendorf i Reinickendorf.
Heinkel Werke były to jedne z najbardziej znaczących zakładów produkujących uzbrojenie dla III Rzeszy, przede wszystkim samoloty. Jan ze swoimi umiejętnościami i doświadczeniem zawodowym chyba nie przez przypadek został skierowany do pracy właśnie tam.
Ausweis został wydany w 1945 roku, bo wtedy właśnie, kiedy wojna chyliła się ku końcowi, został tam zatrudniony. Na zachowanym potwierdzeniu zatrudnienia można wyczytać, że dziadek rozpoczął pracę jako ślusarz 30 stycznia 1945r. I że zarabiał (!) 0,68 RM na godzinę oraz 1,50RM dziennie „rozłąkowego”(!!!). Te wszystkie „zarobki” w obozach, bez względu na ich wysokość (a raczej „niskość”) są dla ogromną zagadką. Choć pewnie historycy mogliby mi to wyjaśnić. No bo jak to – więźniowie obozu dostawali jakieś pieniądze? Nigdzie oficjalnie się z tym nie spotkałam. Mogło być i tak, że to była tylko formalność: za pracę trzeba było określić jakąś stawkę (zwłaszcza u Niemców, gdzie „Ordnung muss sein!”), a pieniądze wędrowały do władz obozu. Może ktoś, kto wie,  przeczyta to i dowiem się, jak to wyglądało.

oranienburg

 Zanim jednak doszło do tego, że Jan zaczął pracować jako ślusarz w fabryce samolotów, moi dziadkowie znaleźli się w tzw. Marszu Śmierci.
Wydawało się, ze po trzech latach pobytu w Polenlagrach nic gorszego ich już nie może spotkać. A jednak… 20 stycznia 1945 roku urządzono w Boguminie kolejny apel-ostatni, na którym dowiedzieli się, że zostają ewakuowani wraz z całym obozem. Więźniów było wówczas około tysiąca. W mroźną noc z 20 na 21 stycznia wyruszyli w pieszą wędrówkę. Eskortowali ich m.in. strażnicy z Auschwitz, bo zapadła decyzja, że mają dotrzeć właśnie do obozu Auschwitz-Birkenau. Szli nie tylko więźniowie z Bogumina, spędzono wszystkich z obozów, które były ewakuowane z obawy przed zbliżającym się frontem. Mieli ze sobą jakieś tobołki, ale w drodze, która okazała się nad wyraz ciężka, wyrzucali wszystko, co utrudniało marsz. Kto się pośliznął i przewrócił, już nie wstawał. Jeden z towarzyszy niedoli mojej rodziny, pan Heniek Ściebura opowiadał mi parę lat temu, że w Marszu szli z nimi również Żydzi, nie wiem skąd, ale on to zapamiętał: ci nieszczęśnicy nie mieli butów, szli boso po śniegu. Mówił mi, że modlili się, żeby nie iść „za Żydami”, tylko przed nimi, bo prawie wszyscy oni padali z wyczerpania i trzeba było deptać po ich ciałach. Marsz nie mógł się zatrzymać, trzeba było cały czas iść… To chyba w tym marszu Andzia dostała od jakiejś Cyganki różaniec (!) w podzięce za kromkę suchego chleba, którą się z nią podzieliła. Ten różaniec był w domu jeszcze, kiedy byłam kilkunastolatką, może i później… Miał takie brudnobiałe, półprzeźroczyste paciorki. Nie mam pojęcia, gdzie przepadł… Już od dawna go szukam.

Na zdjęciu zrobionym tuż po wojnie w naszym ogrodzie, Andzia trzyma go w dłoni. Moja Mama zawsze mówiła mi, że miał cudowną moc wybłagania wszelkich próśb do Boga. I zawsze opowiadała historię tej Cyganki.

I jeszcze jedną historię związaną z ewakuacją. Moja Mama Jasia, wówczas prawie piętnastoletnia, pracowała w Boguminie w kuchni. Szefowa, Niemka, bardzo ją polubiła. I kiedy uciekali, chciała ją zabrać ze sobą – jechała samochodem, zdaje się, że razem ze swoją rodziną. Mama nie chciała opuszczać Andzi i Olka, wolała razem z nimi iść pieszo. Ta Niemka bardzo ją namawiała, ale wobec stanowczej odmowy chciała jej chociaż dać na drogę jakiś „porządniejszy” prowiant. Wydrążyła cały bochenek chleba i nadziała go …masłem! Bo było pożywniejsze. Mama wspominała, że nie bardzo dało się to jeść.
Niedługo po wyjściu z obozu minęli zbombardowane miejsce. Wśród rozbitych aut było i to, którym podróżowała ta dobra kobieta, która chciała ratować Jasię. Ona i inni nie żyli…
Moi bliscy dotarli na rampę kolejową w Wodzisławiu całą rodziną. Niewielu miało takie szczęście. Z tysiąca tych, którzy wyruszyli z Bogumina, tę golgotę ukończyło około 120 osób. Tam sformowano potężny skład pociągu z dwiema lokomotywami. Zostali do niego załadowani zarówno więźniowie Polenlagrów, jak i ci z Auschwitz. To były wagony przeznaczone do przewozu kamienia, metalowe, całkowicie otwarte. Na zewnątrz panował siarczysty mróz. Ludzie byli w nich tak stłoczeni, że „podróż” była możliwa tylko w pozycji stojącej. Wielu z nich zmarło, ale nadal stali wśród żywych… W Otmuchowie, gdzie pociąg stanął na dłużej wrzucono zwłoki na wozy drabiniaste i powieziono w nieznane. Po kilku dniach, podczas których nie dostawali nic do jedzenia, ani do picia (jeden z ocalałych, Piotr Lapczyk z Cieszyna wspominał, że ludzie zjadali własne ekskrementy) dotarli do Oranienburga, gdzie dokonano selekcji. Mężczyźni i starsi chłopcy zostali skierowani do miejscowego obozu, a potem (nie wiem, czy wszyscy) zatrudnieni właśnie w Heinkel-Werke, a kobiety i dzieci powieziono dalej – do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Między innymi Andzię z dziećmi. Olek wspomina, że po początkowym pobycie w tzw. Jugendlagrze zakwaterowano ich w bloku nr 20. To chyba właśnie w Ravensbrück, a nie wcześniej, jak mi się wydawało, miało miejsce to zdarzenie, kiedy Jasia uciekając przed spuszczonymi na nią psami ukryła się w stosie zamarzniętych ciał i w ten sposób uniknęła śmierci.
Front ciągle się zbliżał. Więźniowie z różnych obozów byli wysyłani do kopania rowów. Andzia z dziećmi została pewnego dnia powieziona do Oranienburga. W czasie przesiadki zabłądzili. Kiedy niemieckie służby porządkowe pytały ich skąd są, odpowiadali, że ewakuowanymi z Oderberg, czyli z Bogumina, nie wspominając przy tym, że są więźniami z obozu.
Skierowano ich do pracy w gospodarstwie rolnym w Stolpe koło Berlina. Jakimś sposobem dowiedział się o tym Jan i po ucieczce z obozu w Oranienburgu przedostał się do nich. Myślę, że to właśnie tam mieszkali u pewnej Niemki, która kiedy już wojna się skończyła i mogli wracać do domu, obdarowała ich kilkoma sprzętami, które do dziś dnia są w moim domu. Między innymi metalowym stojakiem pod choinkę z pozytywką grającą dwie niemieckie kolędy: „Stille Nacht” i „O, Du fröhliche” i porcelanową lalką Ismeną. Ismena jeszcze w czasach mojego dzieciństwa była całością, potem jakimś nieszczęśliwym wypadkiem częściowo się potłukła. Ale jest jej zdjęcie, muszę poszukać… Dała im też konia, który miał pomóc w powrocie do domu.
Wcześniej oni pomogli jej, tej nieznanej mi nawet z imienia Niemce, obronić się przed sowieckimi sołdatami i uratować część dobytku. Pisała o tym Andzia w liście tuż po wojnie. Wkrótce go tu pokażę.

Patrzę jeszcze na tę fotografię dziadka z ausweisu z Oranienburga – jest na niej taki … zniszczony, smutny, kąciki ust opadają, taki jest… biedny:(
Gdzie podział się ten Jasiek, „wielmożny pan szofer”, jeden z pierwszych „kierowników samochodu”, towarzysz wypraw dyrektora Dunajeckiego, właściciel Chrześcijańskiego Sklepu Bławatno-Galanteryjnego? Ten „prawdziwy pan” – jak go określał mój ś.p. sąsiad p. Franek Mazur. Wojna wszystko zmieniła i już nigdy nie było tak samo, ani nawet trochę podobnie…

Ten wpis został opublikowany w kategorii okupacyjne dokumenty, Polenlager, Przedwojenne rachunki, stare dokumenty, Wojna, życie w czasie okupacji i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

22 odpowiedzi na „Marsz Śmierci do Heinkel-Werke Oranienburg

  1. Pokrzywa pisze:

    Niezwykła historia.

  2. ~kbc pisze:

    jedna rodzina, a tyle przeżyć…

  3. ~Iwona pisze:

    Mogę tu dodać, że mój dziadek, który był więźniem oflagu, też zarabiał pieniądze. Był oficerem (rezerwy), nie musiał pracować, ale mógł. W Toruniu – a więc na terenach wcielonych – została babcia z dwójka malutkich dzieci. Z początku miała bardzo ciężko – Niemcy proponowali (a często były to propozycje nie do odrzucenia) podpisanie listy narodowościowej, tzw. Eingedeutsch, jak babcia się tłumaczyła, ze nie może, bo mąż by nie pozwolił, to deklarowali przeprowadzenie rozwodu (?). Bez podpisania listy nie miało się żadnych kartek na żywność, był nakaz ciężkiej pracy ( w fabryce włókienniczej, przy ogromnym zapyleniu). Babcia miała trochę rzeczy – biżuterii, obrazów, sreber stołowych, porządnych ubrań, które sprzedawała po kolei; z cennych rzeczy pozostał tylko żakiecik od kostiumu Chanel 1938, który babcia zażyczyła sobie zamiast pierścionka po urodzeniu syna… Pierścionek by sprzedała, kostiumu nikt nie chciał, spódniczka z latami się wydarła, ale żakiet mam do dzisiaj. Kiedy już sprzedała wszystko, także obrączkę i była w rozpaczy nie wiedząc, jak wykarmi dzieci, zaczęły przychodzić pieniądze od dziadka, właśnie te zarobione w oflagu. Dziwne to było – wojna, okupacja, jeniec wojenny pracuje, dostaje zapłatę, a niemiecka poczta dostarcza ja jego zonie, podrzędnej Polce, która na terenach wcielonych odmówiła podpisania listy lojalnościowej. Podobno tych pieniędzy wystarczało na tyle, że kupowana na czarnym rynku żywność pozwoliła nie zaznać ani babci, ani dzieciom (czyli mojej mamie i jej bratu) głodu.

    pozdrawiam,

    iwona

    • ~Magda pisze:

      ja bym napisała do Chanel, że mam ich żakiecik z 1938 roku, może by chcieli odkupić, bo pewnie drugiego takiego nie ma….

      mi po Babci została lalka
      to dla mnie wielki skarb, taki jak dla Babci, bo to była jej ukochana, wymarzona lalka
      po wytłoczeniu na szyi dotarłam do informacji kiedy i gdzie ją wyprodukowano
      te modele chodzą w aukcjach na Wyspach za kilka tysiaków
      chciałam ją zachować, ale jestem ostatnia w rodzinie
      po mnie ktoś przyjdzie i ją po prostu wyrzuci
      zastanawiam się od 2 lat nad jej sprzedażą
      na razie dojrzewam do tej decyzji

      • ~iwona pisze:

        Dobry pomysł z napisaniem do Chanel, choć myślę, że oni maja stare modele, tam nie było takiej hekatomby jak w Polsce. Nie chciałabym go tez oddawać, bo jeszcze czasami go zakładam (jedwabna podszewka jest miejscami przetarta, ale nie widać :-), jednak tez jestem ostatnia w rodzinie, może więc za jakiś czas bym go przekazała gdzieś, gdzie to docenią.

        serdeczności

        ps. mam nadzieje, że Vilejka nie jest zła na nas, że nadużywamy jej gościny na pogaduchy

        iwona

    • ~Iza pisze:

      U mnie niestety cała masa pamiątek po dziadkach i pradziadkach spłonęła podczas pożaru strychu w domu babci. Zwarcie w instalacji elektrycznej, jeszcze po prl-owskie kable z aluminium które się utleniło. Zdjęcia dziadka z oflagu i z obrony Modlina we wrześniu 1939r, drugiego z okupacji i działania w AK. Strasznie tego żałuję. Była też śliczna porcelanowa lalka prababci, kupiona w Petersburgu w 1904 roku. Nigdy nie pozwalano mi się nią bawić, a później spłonęła. Szkoda

  4. vilejka pisze:

    A widzisz! Czyli ta niemiecka skrupulatność okazywała się często zbawienna.A żakiecik – cudne to! I bezcenne!

  5. ~Anita pisze:

    Super blog. Fantastycznie upamiętniający historię. Gratuluję. Według mnie jeden z najlepszych blogów. Chwała Ci za to, że opisujesz czasy wojenne i przypominasz co się działo.

  6. ~Krzys pisze:

    witaj:) dawno nie zagladałem na twojego bloga ale jak zobaczyłem i przeczytałem ze twój dziadek był w Oranienburgu w obozie pracy po marszu smierci to pragne powiedzec zemoj dziadek Leon Żyła w tymze obozie przebywał od roku 1940 gdzie pracował jaqko ślusarz – tokarz własnie w zakładach Heikla tez posiadał taką kenkarte pamietam ze miałem ja w rekach pytałem jego o ten czas ale nie bardzo lubiał o tym mówic ale troche mi poopowiadał że było bardzo ciezko, że był głód, że było bicie, że były zabójstwa, ale i też że w gronie niemieckich nadzorców czy pracowników cywilnych znajdowali sie ludzie porżadni dokarmiający więżniów sporo ryzykowali ale więźniom pomagało przeżyc oj duzo tu mówic

  7. ~hhh pisze:

    Hehe, mój pradziadek to samo. Niby siedział w obozie, a pieniądze dostawał i prababci wysyłał niemiecką pocztą. Nikt tego nie kradł i przywłaszczał. Opowiadał potem, że za Niemca w obozie miał większe pieniądze i poważanie niż za wolnej, komunistycznej Polski. Potem całe życie płakał, że nie został w RFN i nie ściągnął rodziny, bo szef czy inny nadzorca z fabryki proponował mu pozostanie i pracę (brakowało młodych Niemców do pracy bo zginęli na wojnie).

  8. ~Thores pisze:

    To potwierdza, że w każdym narodzie bywają dobrzy i źli ludzie, więc nie należy generalizować.

    • vilejka pisze:

      Tak właśnie jest. A poza tym,co nieraz stwierdzałam – nie tylko na tym blogu – świat nie jest wyłącznie czarno- biały.

  9. ~Prawda pisze:

    Ileż tysięcy takich historii, każdy z nas miał chyba w rodzinie kogoś kto był w obozie lub w innym miejscu niewoli…smutna nasza polska historia, ale jakże bohaterska !!! Mój dziadek też był w oflagu, nie wiem czy zarabiał czy nie, ale był krawcem i szył ubrania dla oficerów i innych wyższych rangą żołnierzy. Niestety zmarł na raka gardła ????!!!! Tak niemcy opisali dokument, który moja babcia otrzymała nt. śmierci swojego męża. Przyczyna zgonu: rak gardła…co za skrupulatność i medyczna wiedza tamtego okresu powala…bezczelność niemieckiego okupanta sięga zenitu, nie wiem czy moja babcia w ogóle wiedziała co to rak, czy znała take słowo, chyba jedynie jako określenie zwierzęcia. Nigdy się nie dowiemy co tak naprawdę się stało. Chwała naszym przodkom, bohaterom którzy oddali życie za naszą Ojczyznę !!! Kiedyś słowo „Ojczyzna” było święte !!!

  10. Mnie cały czas dołuje myśl dlaczego ludzie są tak okropni ? Nie potrafię zrozumieć jak to jest, że tak naprawdę kilka, kilkanaście osób decydując się na wojnę niszczy życie milionów ludzi którzy chcą żyć w pokoju, kochać inne osoby, spełniać marzenia itp…

  11. ~SJS pisze:

    fragment opowiadania:
    …Kilka lat temu w lesie między Łucznicą a Krystyną spotkałem starszego jak to mówią jeszcze przedwojennego Pana. Ponieważ interesuję się historią a zwłaszcza historią ostatniej wojny zapytałem go czy zna jakieś ciekawe wydarzenia z tamtego okresu.
    Zasępił się, chwilę milczał i opowiedział historię która mimo, że miała miejsce prawie pół wieku temu jemu nie dawała spokoju. W ostatnim roku wojny w tym lesie partyzanci wzięli do niewoli kilku żołnierzy Wermachtu. Wypuścić ich nie można było bo widzieli i twarze i uzbrojenie i miejsce postoju partyzantów. Trzymać ich nie było jak bo jak w lesie jeńców upilnować i zachować możliwość szybkiego odskoku w razie zagrożenia czy konieczność zaatakowania nieprzyjaciela.
    Wojna ma swoje okrutne prawa – postanowiono jeńców rozstrzelać – bezpieczeństwo oddziału jednak najważniejsze. Jeden z jeńców mówił dobrze po polsku i błagał aby go nie zabijać ale ten starszy Pan opowiadał, że zabito wszystkich i tego Ślązaka wcielonego do armii niemieckiej też.
    Nie zabito go – powiedziałem – mój wujek zaryzykował. Ten młody żołnierz pokazał list pisany przez jego ojca – z Auschwitz, z obozu. Ojciec tego żołnierza był więźniem Auschwitz. Franek czyli mój wujek wziął chłopaka do siebie do domu. Edek – bo tak miał na imię ten żołnierz pochodził z Rybnika – obiecał, że nie ucieknie i nie zdradzi wujka. Ukrywali go w domu przez kilka miesięcy. Kiedy jeszcze byli Niemcy i kiedy weszli Sowieci – i od jednych i od drugich by była „czapa” i dla Edka i dla wujka i rodziny. Chłopak przeżył i jak się uspokoiło pojechał w rodzinne strony.
    Minęło kilka lat i wujek był przejazdem w Rybniku. Pamiętał adres tego chłopaka. Postanowił zobaczyć kogóż on tak naprawdę ukrywał. Koniec maja to był, ciepły koniec maja. Znalazł wujek uliczkę, idzie, szuka numeru i słyszy jak ktoś pięknie gra na pianinie. Podchodzi bliżej a tu przez otwarte okno widzi Edka, tego uratowanego – to on grał na pianinie.
    „No wszystko o sobie opowiadałeś a o tym że tak pięknie grasz nic nie mówiłeś” – powiedział z wyrzutem wujek. Widać czas wojny zmienia to czym należy się chwalić a czym nie.
    Okazało się, że wtedy w 1944 roku, rodzina Edka już go opłakała bo dostali urzędowe zawiadomienie o śmierci syna. Jaka był radość gdy wrócił cały i zdrów nie muszę mówić.
    Ucieszył się także ten starszy Pan w lesie gdy usłyszał ode mnie jak zakończyła się sprawa tego żołnierza Wermachtu która go tak dręczyła, tego żołnierza co po polsku prosił o życie….
    Za tydzień, w sobotę jak nic się nie zmieni będzie ekshumacja tych niemieckich żołnierzy.

  12. ~odporny pisze:

    Po moim dziadku zostało mi tylko powiadomienie od Kreishauptmanna, że został „zum Tode verurteilt”.

  13. ~Jarek pisze:

    Mojego dziadka niemcy wywiezli do pracy w kopalnii, gdzies w Bawarii, pracowali co dziennie po 12 godzin, spali na parking przed kopalnia w namiotach . Dziadek po powrocie byl chory do konca zycia, umarl w 1969 roku.

  14. ~Ursul pisze:

    Tak jak poprzednicy mogę stwierdzić, że chyba każdy z polskiej rodziny stracił kogoś z rodziny w tej wielkiej tragedii narodowej. Jestem dzieckiem wojny– starszą panią, która dokładnie pamięta ciężki okres tuż po wojnie. Ojciec mój spośród 6-ciu braci jak i oni, by oficerem polskim, wcielonym do 10Pułku piechoty w Łowiczu, słynne walki nad Bzurą. Bracia mojego ojca również, a po rozbiciu polskich pułków w obronie W-wy- ciężko ranny dogorywał pod trupami innych. Niemcy wówczas po działaniach zbierali swoich rannych żołnierzy, a polaków dobijali z pistoletów. Ponieważ mój ojciec leżał przywalony stertą trupów udało mu się przeżyć i jakimś cudem Niemcy razem ze swoimi rannymi zabrali mego ojca do Lazaretu niemieckiego. Przeleżał tam kilka dni a niemieccy lekarze wyciągnęli mu odłamki granatów z boku, a w nogach zostawili. Później pod słyszał rozmowę niemieckich lekarzy, że Polacy znajdujący się tutaj będą wywiezieni do obozu w Dahau w Niemczech. Modlił się mój ojciec i polecił swoje życie Matce Boskiej i dostał sen od niej że ma potajemnie rozmawiać z niemieckim lekarzem, by go jakoś ukrył od wywózki. I wyobraźcie sobie,że pewien lekarz ukrył mego ojca pod stertą trupów na wózku do wywózki w doły w lesie pod W-wą Powiedział tylko ” jak i ci się uda to uciekaj” Zwalony w lesie jakoś się wygramolił nim przyjechały służby do zakopania i po kolanach uciekał w głębię lasu. Miał ze sobą tylko skórzany pas od munduru, który w domu ciągle wisiał po wojnie na haku przy drzwiach, a dlaczego, bo ten pas po prostu zatrzymał wiele śmiertelnych pocisków.
    Wracał do domu ukrywając się w stogach siana, zniszczonych chałupach, lasach pod stertą liści. Żywił się tym co napotkał po drodze i słyszał ciągle ścigające go patrole niemieckie i psy. Pewna kobieta na wsi go spotkała i ukryła w swoim domu przebierając go za dziewczynę. . Po miesiącu cudem uratowany wrócił do domu rodzinnego. Niestety Niemieckie patrole ciągle poszukiwały uciekiniera z listy na wywózkę. Wpadały do domu mojej babci, bili, tłukli kolbami całą rodzinę, a dziadka zatłukli na śmieć. Babcia ukrywała mego ojca w ziemiance pod podłogą, a reszta synów walczyli w partyzantce polskiej ( mój ojciec potem też) rozbijając niemieckie transporty, wysadzając mosty i inne działania. Moją chrzestną Niemcy rozstrzelali pod murem i zabrali wszystkie jej złota i kosztowności, bo była zamożną kobietą Tak jak w każdym narodzie są ludzie dobrze i źli. A historia naszych rodzin musi zostać w pamięci naszych dzieci, wnuków, i potomnych.

  15. ~Badzio pisze:

    Smutna i zarazem piękna historia.
    Nasza ukochana babcia, często opowiadała historie z Berlina do którego została wywieziona z Przemyśla. Miała wtedy niespełna 14 lat pracowała w fabryce bronii. Niemec miał ” na uwadze” jej… jak mówiła piękną ok. 25 letnią koleżankę ze zmiany. kobieta miała dwoje malutkich dzieci i męża na froncie. Odrzuciła zaloty Niemca i dostała ” bilet do Berlina” Babcia wspominała, że koleżanka błagała o możliwość pozostania w fabryce, chciała oddać wszystko co miała ;( Była cała opuchnięta od płaczu cały czas powtarzała” a co z dziećmi ???” Mojej babci mama dwa lata wcześniej zmarła na tyfus, ona jak to powiedział lekarz „niepotrzebna była Panu „i cudem wyzdrowiała, o ojcu słuch zaginą, a brat walczył gdzieś w partyzantce. Decyzję podjęła w jednej chwili . W noc przed wyjazdem Kobieta z dziećmi uciekła z Przemyśla, a NASZA KOCHANA BABCIA pojechała na jej miejsce. Pociąg w nieznane, strach, bicie, 3 dni na dworcu o głodzie, gdzie Niemcy wybierali ludzi do pracy. Opowiadała o strachu przed wysyłką do obozu, ale też o kilku dobrych, niemieckich kobietach, które straciły na froncie dzieci i chciały pomóc. Miała piękne, kręcone włosy i wielkie błękitne oczy, dlatego córka ludzi u których pacowała często kłamała i babcia za wszystko była bita. Potem trafiła do innych ludzi, gdzie traktowali Ją lepiej. Pamięta jak biegła ulicą podczas bombardowania, paniczny strach, wszędzie krew…i ten smród. Teraz jak ogląda wiadomości z Syrii, Ukrainy to tylko jedno mówi ” Boże, dzieci oby tylko wojny nie było, bo strach o życie bliskich jest przerażający”. Życzę NAM WSZYSTKIM, abyśmy tylko słuchali tych strasznych opowieści od TYCH, którzy kiedyś przeżyli to PIEKŁO !!!

  16. ~ada pisze:

    popłakałam się… najważniejsze żeby zawsze pozostać CZŁOWIEKIEM.

  17. ~Ewa pisze:

    Ostatnio stwierdzilam, ze zycie jest méczarniá dla kazdego czlowieka.. Ale jak teraz pomyslé, co ludzie przed ( obawy) , na i po wojnie przezyli.. Nie miejác zadnego wsparcia… Zadnej terapii, psychologa.. Wieczny strach i cicha walka o przezycie….. To mi Az glupio, ze myslalam, ze mi jest zle….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>