depozyt „po niemcu Volks. Willmanie Leonie”

Nie wiem, czy dziadkowie zastali dom zamknięty, kiedy w poniedziałek 14 maja 1945 roku dotarli w końcu do Trzebini. Wiem tyle, że Jasia uklękła na schodach domu i ucałowała je. Do tej pory nie zastanawiałam się nad tym, jak to było: czy drzwi były otwarte, czy może klucze były u kogoś…
Od pana Franka wiem (a potwierdził mi to niedawno jego syn, który też o tym od ojca słyszał), że kiedy zbliżał się front, pewnie jakoś na początku stycznia czterdziestego piątego, Niemcy urządzili sobie w naszym domu sztab do obrony przeciwlotniczej. Weberów już mogło tu nie być. Albo zostali zmuszeni do udostępnienia domu. Rosjanie musieli mieć jakieś przecieki na ten temat, bo według pana Franka, jakby celowo bombardowali ten dom. Wątpię, żeby Niemcy ewakuując się zamykali dom na klucz. Zresztą fakt rozgrabienia majątku stałego, a raczej tego, co po nim pozostało po wysiedleniu dziadków i zajęciu domu na prawie trzy lata przez volksdeutschów z Bukowiny świadczy raczej o tym, że dom nie był zamknięty.
Kiedy więc dziadkowie wrócili, weszli do domu, w którym tylko jedno pomieszczenie było całkowicie zadaszone i nadawało się do mieszkania. Pozostała część dachu bardzo ucierpiała właśnie wskutek tych bombardowań. Co mogli wtedy czuć? Ci w miarę zamożni obywatele przedwojennej Trzebini, którzy wracali z wojennej tułaczki byle jak odziani, pewnie brudni i domyślam się, że raczej nie witani radośnie przez sąsiadów, z których każdy miał swoje zmartwienia związane z zapewnieniem sobie jako tako przyzwoitej egzystencji, a poza tym … „ludzie myśleli, że Nowakowie już z wojny nie wrócą i pobrali sobie, co komu było trzeba”.
Nie wiem, czy w ogóle mieli jakieś meble i sprzęty. Niesamowite jest dla mnie to, że na strychu przetrwało tyle pamiątek i dokumentów, dzięki którym udało mi się odtworzyć tyle szczegółów z tego świata, który przeminął, a w którym moi przodkowie jakoś się zaznaczyli. Te „papiery” nie przedstawiały dla ludzi żadnej wartości, dlatego zostały. I chyba tylko Opatrzności zawdzięczam to, że pociski, które trafiały w nasz dom, też je oszczędziły. Może Weberowie włożyli wszystkie dokumenty, które zostały po dziadkach do tej swojej ogromnej skrzyni, z której wypakowali swój dobytek z Radauz i która do dziś stoi na strychu? To byli przecież, tak zupełnie obiektywnie, abstrahując od tego, że wrogowie, dość porządni ludzie. Wszystkiego tego mogę się tylko domyślać.
Za to dzięki temu, że dziadkowie przechowali prawie wszystkie kwity, zaświadczenia i inne dokumenty wiem, że dziadek Jan zaraz po powrocie musiał zwrócić się do Komisji Gospodarczo-Rozdzielczej przy Zarządzie Miejskim w Trzebini o przydzielenie jakichś sprzętów domowych. Już w sobotę (!) 9 czerwca, w niecały miesiąc od dnia powrotu dostał odpowiedź:

” Do Obyw. Nowaka Jana
w Trzebini Krakowska ul. Nr.20
W sprawie sprzętów domowych i.t.p.

W uwzględnieniu powodów przytoczonych we wniosku z dnia ….. w sprawie przedmiotów urządzenia domowego, inwentarza żywego i martwego, ………………………..,  Komisja Gospodarczo-Rozdzielcza przy tutejszym Zarządzie miejskim postanowiła po uświadomieniu Obywatela Nowaka Jana, że wszelkie dobro ruchome i nieruchome jako spuścizna poniemiecka względnie niewiadomego narazie pochodzenia przeszła na własność Państwa Polskiego, – oddać Mu do przechowania:
Po niemcu Volks. Willmanie Leonie
ul. Kościuszki nr domu 38
Czarna jadalnia składająca się:
1 kredens pokojowy czarny
1 pomocnik pokojowy czarny
1 stół rozkładany czarny
3 etażerki czarne
6 krzeseł czarnych wyścielanych

pod warunkiem przyjęcia i podpisania wobec świadków następującej deklaracji:

1.) Przejęcie następuje w charakterze i trybie wyłącznie powierniczym,-
2.)  Obyw. Nowaka Jana zobowiązuje się niniejszym przechować powierzone przedmioty starannie, przyjmując pełną odpowiedzialność za wszelkie uszkodzenia tych przedmiotów poza granicą ich naturalnego zużycia,-
3.) Przez używanie powierzonych do przechowania przedmiotów nie nabiera Obywatel do tychże żadną miarą prawa własności,-
4.) Powierzenie jest tymczasowe i ulega rekwizycji ze strony Zarządu Miejskiego w Trzebini każdego czasu, bez uprzedniego terminowego wypowiedzenia, oraz bez regresu obywatela z tego powodu do Zarządu Miejskiego. Zwrot depozytu następuje bezzwłocznie, najpóźniej do 3-ch dni od daty wezwania.

Trzebinia, dnia 9 czerwca 1945.”

Pod spodem swoje podpisy złożyli ołówkami kopiowymi: dziadek Jan – jako zobowiązany, Głowacki (chyba) – za Komisję Gospodarczo-Rozdzielczą, świadek – M. Adamczyk oraz ktoś z Zarządu Miejskiego podpisany bardzo nieczytelnie.
Odnotowano też opłatę w wysokości 10 zł.

Z zadziwiającą konsekwencją określenie „niemiec” było wówczas pisane z małej litery. Nie tylko w listach prywatnych, tak jak to robiła Andzia. A taki „Obywatel” już (prawie zawsze) był pisany wielką literą. Dość osobliwie wygląda też zapisany w ten sposób zaimek „Mu” w odniesieniu do dziadka Jana, czyli „zobowiązanego”.

Ale najciekawsza w tym wszystkim jest kwestia owego „volksdeutscha” Leona Willmanna. Człowieka, którego meble „jadalniane”, jako „spuściznę poniemiecką” powierzono w depozyt mojemu dziadkowi.
Leon Willmann był postacią wielce zasłużoną dla Trzebini i okolic. Przed wojną, do 1938 roku pełnił funkcję burmistrza. Z wykształcenia architekt zaprojektował m.in. słynną (przynajmniej na naszym terenie) willę Domańskich w Nawojowej Górze koło Krzeszowic. Był też kierownikiem budowy obecnego kościoła Św.Św. Apostołów Piotra i Pawła, a także budowniczym starego szpitala
w Chrzanowie. Z jego inicjatywy, w czasie, gdy był burmistrzem rozpoczęto budowę kanalizacji miejskiej i toalet publicznych w Rynku z usytuowanymi nad nimi dwoma sklepami, z których dochód miał pokryć koszty utrzymania toalet. On też był inicjatorem budowy tamy na Chechle, jako ujęcia wody dla miasta i zakładów przemysłowych. Przez wiele lat był członkiem zarządu trzebińskiego „Sokoła” i jego ostatnim przed wojną prezesem. Dzięki uprzejmości pana Andrzeja Kostki mogę opublikować dwa, pochodzace z jego zbiorów,  zdjęcia inż. Willmanna wraz z małżonką.

willmann

willmann2
Jego żona zresztą też była osobą szeroko się udzielającą społecznie, m.in. była odpowiedzialna za urządzanie zabaw tanecznych w „Sokole”, z których dochód przeznaczano na cele charytatywne. Finansowała też wykształcenie dla uboższych osób z dalszej rodziny.

A czasie okupacji podpisali Volkslistę…  Właściwie to on o tym zadecydował, a jego żona ponoć „włosy z głowy rwała” z tego powodu, jak mi w rozmowie telefonicznej powiedziała jego prawnuczka, też ogromnie zażenowana, a może wystraszona tym, że ja wiem. Bo w domu się o tym nie mówiło. Nie wolno było. Pewnie z racji niemiecko brzmiącego nazwiska okupacyjne władze mu to zaproponowały. Oznaczało to jakąś poprawę bytu, dawało możliwość załatwienia wielu spraw… Wiele osób z tego skorzystało. Ja naprawdę się temu nie dziwię, choć moi dziadkowie właśnie przez odmowę podpisanie tej listy zostali wysiedleni. Podobnie zresztą jak państwo Oziębłowscy z naszej ulicy, właściciele jednej z najlepszych masarni. Ale każdy chciał żyć, a jeśli przy tym mógł jeszcze zrobić coś dobrego dla innych? Bo słyszałam, że swoją pozycję Leon Willmann wykorzystywał, żeby pomagać Żydom i Polakom.
A jednak po nastaniu nowej władzy musiał ponieść konsekwencje swego kroku. Wraz z całą rodziną podzielił los tych, którzy znaleźli się w obozie dla Volksdeutschów w Jaworznie – Szczakowej. W tym samym obozie przebywał zresztą także zięć Willmanna, który „zasłużył” sobie na to służąc w 10 Brygadzie kawalerii pancernej generała Maczka. Byli tam również więzieni moi dalsi krewni, opowiadała mi o tym jedna ze starszych cioć.
Nie mam jasności, jakie były dalsze losy rodziny Willmannów, choć powrócili do Trzebini. Dom jednak został zajęty przez państwo.  Sami Willmannowie podobno (według relacji prawnuczki) urządzili sobie mieszkanie w budynku gospodarczym.  Ich meble i sprzęty – oddano w depozyt tym, którym po wojnie ich najbardziej brakowało. Domyślam się, że dziadkowie oddali jadalnię, kiedy udało im się odzyskać własną, z czym też jest związana pewna historia.
Jasia przechodziła kiedyś obok pewnego domu, zdaje się na ulicy Słowackiego i przez jego szeroko otwarte okno zauważyła nasze meble, te, które zostały uwiecznione na zdjęciu z chrzcin Olka. Oczywiście powiedziała o tym rodzicom, domyślam się, że prosili, aby tamci oddali po dobroci, ale skończyło się na sprawie w sądzie, gdzie młoda kobieta, ciężarna, przysięgała na Biblię (bo wtedy jeszcze się na Biblię przysięgało), że te meble należą do jej rodziny. I wtedy dziadkowie przedstawili dowód koronny w postaci zdjęć. Meble były na tyle nietypowe, że sąd  nie miał wątpliwości, kto mówi prawdę. Nakazano zwrot. Nie wiem, czy „krzywoprzysiężczynię” jakoś dodatkowo ukarano. Wtedy pewnie dziadek oddał „depozyt”. Ale rozkładany stół zdaje się pozostał, bo ten ze zdjęcia z chrzcin jest teraz w mojej kuchni, a salonie odkąd pamiętam był
i jest inny stół, właśnie rozkładany, tyle, że z czterema, a nie sześcioma krzesłami… Może to ten, po „volksdeutschu Willmannie”?

Byłam dziś na cmentarzu… Z trudem odnalazłam grób tego, tak zasłużonego dla naszego miasta człowieka (nota bene: wszystko wskazuje na to, że swoją funkcję przed wojną jako burmistrz pełnił społecznie, bez pobierania za to wynagrodzenia). Właściwie bez dokładnych wskazówek prawnuczki, nie miałabym szans go odnaleźć, bo jest całkiem zarośnięty, tablica, położona przed grobem po pochówki w nim innej osoby z rodziny jest niewidoczna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATak sobie myślę, że władze miasta powinny zadbać o grób swojego przedwojennego burmistrza. Bo jego zasługi dla miasta są nie do przecenienia.
Z wielu jego dokonań nie zdawała sobie sprawy nawet prawnuczka, z którą rozmawiałam. I to, że złożył kiedyś ten podpis pod niewłaściwą listą nie powinno mieć żadnego znaczenia. Tak właśnie myślę. Choć pewnie ktoś się ze mną nie zgodzi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii czas tuż po wojnie, okupacja w Trzebini, stare dokumenty, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „depozyt „po niemcu Volks. Willmanie Leonie”

  1. ~bgl pisze:

    … a mnie tam nie zabrałaś nie pokazałaś…
    Pomysł- na projekt już jest, dziękuję.
    B

    • vilejka pisze:

      Basiu, bo to działo się b. szybko – zadzwoniłam i od razu, jak się dowiedziałam, ze jego grób jest na naszym cmentarzu, pojechałam na cmentarz, żeby zdążyć przed zapadnięciem zmroku;) Pójdę tam z Tob a jeszcze raz – z przyjemnością:)

  2. ~kbc pisze:

    Każdy chciał przeżyć…

  3. ~Iwona pisze:

    Mój dziadek, kiedy wrócił z oflagu, podjął pracę na kolei w Gdańsku (przed wojną pracował w Wejherowie). Nie wiem, jak wyglądał jego powrót, czy najpierw pojechał do Torunia, do żony i dzieci, czy przedtem starał się o lokum w Gdańsku. Nie wiem, też, czy dom, w którym mieszkali przed wojną istniał, czy ktoś w nim mieszkał, czy zostały jakieś sprzęty, czy w ogóle to sprawdzili? Nigdy nie było o tym mowy, a ja nie zapytałam, kiedy jeszcze było można. Dom w Wejherowie nie był ich własnością, tylko kolei polskiej, może tam już kogoś zakwaterowano? a może dziadek nie chciał wracać do Wejherowa? W Gdańsku dostał przydział na duże mieszkanie w niewielkim domu – trzy kondygnacje – trzy duże mieszkania. W tym ich, na ostatnim piętrze (babcia do końca życia wspominała to mieszkanie, że było najpiękniejsze ze wszystkich, w których mieszkała, a że dziadek uruchamiał w różnych miastach różne kolejowe zakłady, to całe życie się przeprowadzali) — mieszkały dwie Niemki (matka i córka? siostry?), jakby „Grety” z powieści Pawła Huelle. One w końcu wyjechały, ale zanim to się stało, zajmowały jeden pokój. Nie wiem, jak układały się relacje, chyba się w ogóle nie układały, może jedynie się mijali na korytarzu? Trudno mi to sobie wyobrazić, ale o to tez nie spytałam. Babcia opowiadała, że one sprzedawały, co tylko mogły, właśnie na bazarze. I w tym wspomnieniu brzmiała cicha nutka żalu, pretensji – że mieszkały, że nikt ich nie wyrzucał, ze spokojnie czekano, az same opuszczą Gdańsk, a one, jakby nadużywając tej „dobroci”, wynosiły z mieszkania różne rzeczy i sprzedawały. Nie wiem, czy wynosiły potajemnie, czy otwarcie. Byłam wtedy mała, nie rozumiałam babci – przecież to były ICH rzeczy, dlaczego nie miałyby ich sprzedawać? Dziś tez nie rozumiem, bo chyba trudno nam pojąc te emocje, to, co odczuwali Polacy zaraz po zakończeniu wojny. Bardzo żałuje, że nie zdążyłam o tym z babcią porozmawiać, zapytać, jak to było, co czuła i dlaczego tak. Niemki wyjechały, nie wiem nawet, jak się nazywały, moi dziadkowie kilka lat później też opuścili to mieszkanie (dom istnieje do dziś), a u mnie w mieszkaniu stoją meble, które kiedyś należały do owych Niemek: biblioteczka, regał na książki, biurko i jedno krzesło. Są dla mnie cenną pamiątką rodzinną, mimo że należały kiedyś do innej rodziny. Wojna skomplikowała losy nie tylko ludzi, ale i rzeczy.

    pozdrawiam,

    iwona

    • vilejka pisze:

      Niesamowite są te właśnie historie związane z Niemcami, cywilami,głównie przecież kobietami lub bardzo starymi mężczyznami, którzy musieli opuścić swoje domy, na dodatek jeśli mieli coś cennego, to tak jak w Twojej historii, to też już im się „nie należało”, nawet jeśli chcieli za to dostać tylko coś do jedzenia… Czytam po raz drugi „Wypędzonego”. Strasznie mi żal tych ludzi. Nie bronię ich, bo przecież jakoś tam, choćby swoim milczeniem, popierali Hitlera i to co robił, ale obiektywnie-czy inny naród, mając takiego „wodza”, zachowałby się inaczej?

  4. ~Dawid W. pisze:

    Vilejko, ów „ktoś z Zarządu Miejskiego podpisany bardzo nieczytelnie” na dokumencie dotyczącym przydziału mebli to najpewniej ówczesny, de facto pierwszy powojenny, burmistrz Trzebini – Mieczysław Rybiński, który został wybrany na to stanowisko dn. 19 lutego 1945 r. Ten sam podpis widnieje jako poparcie burmistrza Trzebini na podaniu do Magistratu o przydzielenie „rzeczy pierwszej potrzeby”, napisanym przez Dziadka Jana dn. 28 czerwca 1945 r.

    • vilejka pisze:

      Dziękuję, że zauważyłeś, że to ten sam podpis:) Skąd masz takie dokładne informacje? Czy to można znaleźć w monografii Trzebini?

  5. ~Dawid W. pisze:

    Na informację dotyczącą daty wyboru M. Rybińskiego na burmistrza Trzebini natknąłem się w opisie jednego z dokumentów umieszczonych w Cyfrowym Archiwum Tradycji Lokalnej (oto link do dokumentu wraz z opisem: http://trzebinia.archiwa.org/zasoby.php?id=13534). Niestety nie orientuję się, czy monografia Trzebini zawiera podobne informacje, ponieważ nie mam do niej dostępu.

    Łączę serdeczne pozdrowienia
    Dawid

  6. ~Dawid W. pisze:

    PS. Poszukując danych na temat burmistrza M. Rybińskiego, znalazłem taką oto informację na temat jego przedwojennego poprzednika L. Willmanna, o którym piszesz w tym poście. Cytuję: „Leon Willmann wszedł do Rady Miejskiej w 1933 r. Pierwsze posiedzenie zarządu z jego udziałem odbyło się 12 stycznia 1934 r., a Willmann przewodził obradom zarządu do 1938 roku.” (źródło: http://trzebinia.archiwa.org/zasoby.php?id=457).

    Pozostając jeszcze chwilę przy temacie burmistrzów Trzebini, to w latach 20. XX w. funkcję tę pełnił niejaki Izrael Mandelbaum, który w roku 1922 dokonał wpłaty na odbudowę Wawelu i został uhonorowany „cegiełką” (jej fotografia również znajduje się w archiwum cyfrowym: http://trzebinia.archiwa.org/zasoby.php?id=456).

    • vilejka pisze:

      Burmistrz Mandelbaum przekazał także 20 tysięcy cegieł na budowę kościoła Św. Św. Ap. Piotra i Pawła! Wymowny gest, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>