Testament 1946

Pamiętam, jak jakieś dwanaście lat temu, w środku nocy, zadzwonił do mnie wujek Olek, żebym k a z a ł a mamie znaleźć testament dziadka. Mieszkałam już wtedy w domu mamy. Byłam zła jak diabli, że mnie obudził i w dodatku obdarzył zadaniem, którego chora mama na pewno nie była w stanie wykonać. Ja też nie miałam pojęcia, gdzie szukać. Starych papierów, rachunków, dokumentów mniej lub bardziej ważnych, było kilka worów.
To był ten czas, kiedy chciałam wyprostować sprawy związane z domem, który ciągle figurował jako własność w połowie babci Andzi -nieżyjącej od ponad trzydziestu lat- oraz Olka i Jasi po jednej czwartej. Po jej śmierci w 1971 roku nikt nie uporządkował tych spraw. Testament dziadka, nawet gdybym go wtedy znalazła, nie mógł chyba nic nowego wnieść. Ale wujek nalegał, żebym go znalazła.

W moje ręce trafił znacznie później, już po jego śmierci – zmarł parę miesięcy po tym nocnym telefonie. Nie skupiałam się na nim szczególnie, bo byłam zajęta innymi rodzinnymi archiwaliami. Teraz nadszedł czas i na to.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To zdjęcie wykonano krótko przed śmiercią dziadka Jana. Mama opowiadała mi, że wtedy nie mógł już prawie niczego połykać i bardzo cierpiał. Leży w jednym z dwóch małżeńskich łóżek, które jeszcze w czasach mojej młodości stały w sypialni. Kiedy byłam dzieckiem, w jednym z nich spała babcia, drugie była zazwyczaj zasłane, a ja zawsze rano przychodziłam do babci, żeby się do niej przytulić, trochę z nią poleżeć i „dociągnąć żółteczko”. To także tutaj znalazłam nieprzytomną babcię, która już nigdy nie odzyskała świadomości.
A dwadzieścia pięć lat wcześniej, w 1946 roku leżał w nim dziadek, który  był już tak słaby i tak bardzo cierpiał,  że postanowił spisać swoją ostatnią wolę. W czwartek 26 września 1946roku poprosił  na świadków dwóch swoich sąsiadów: Franciszka Oziębłowskiego i Andrzeja Mazura oraz Bolesława Sudrzyka. Ten ostatni pełnił funkcję zastępcy sekretarza Zarządu Miasta Trzebini.(Jest on także autorem”Kroniki Trzebini”, spisanej w oparciu o zebrane pamiętniki, dokumentu archiwalne i osobiste wspomnienia.) Przy łożu śmierci mojego dziadka pełnił funkcję protokolanta i to jego ręką została zapisana ostatnia wola Jana Nowaka z Krakowskiej w Trzebini.
„Zapakowano” ją w dwie koperty – jedna w drugą – obie z identycznym podpisem:

1 (2)

Ta – zewnętrzna – została opisana ręką dziadka. Wewnątrz niej była jeszcze jedna. Charakter pisma taki, jak w całym testamencie – najprawdopodobniej Bolesława Sudrzyka.

12737060_1133429403356051_699960947_o (1) (2)

Dopiero niedawno dokładnie przeczytałam „ostatnie rozporządzenie woli” mojego dziadka, rozpoczynające się od słów:
„Ponieważ na umyśle jestem zdrów lecz fizycznie słaby, chcę jeszcze za życia swego wobec zaproszonych świadków zrobić ostatnie swej woli rozporządzenie.”

2 (2)

Podając dane swych dzieci i dokładne sygnatury akt kupna domu i parceli „po rozsądnym namyśle” zapisał wszystko d z i e c i o m : Julianowi Stanisławowi, Janinie Sabinie i Aleksandrowi Pawłowi w równych częściach. Żonę Annę mianował kuratorką majątku do czasu pełnoletności dzieci, jednocześnie zapisując jej „dożywocie w używaniu 1 sklepu z kuchnią (…) z tem zastrzeżeniem, że w razie na wypadek zamążpójscia po mej śmierci, żona moja Anna traci dożywocie”.

11
Czyli Andzi tak naprawdę n i c nie zapisał… Na dodatek jakoś zmusił ją, by do końca życia pozostała sama. Przykro i smutno mi z tego powodu. Zwłaszcza, że na końcu zapisano również, że „Koszty pogrzebu w całości pokryje żona bez uszczerbku dzieci.”
 Na ostatniej stronie, już charakterem pisma dziadka dopisano Post scriptum. Mimo, że dziadek miał nadzieję, że Julek żyje i wróci, postanowił, że gdyby tak się jednak nie stało, to w rok po jego śmierci część Julka ma przypaść po połowie Jasi i Olkowi. Nie Andzi…

4 (2)

Tyle myśli mam teraz, po przeczytaniu tego testamentu … O n wiedział lepiej, co będzie  dobre dla Andzi! Bo chyba na łożu śmierci nie był zazdrosny? Niczym nie zasłużyła sobie na takie potraktowanie. Miała niecałe czterdzieści dziewięć lat, mogła znaleźć towarzysza, który pomógłby jej w trudach i niedolach życia. Choć pewnie absolutnie o tym nie myślała. Jestem pewna, że i bez tego zastrzeżenia zostałaby sama do końca życia. A jednak boli mnie to „ubezwłasnowolnienie” jej przez umierającego męża. Choć nie potrafię źle myśleć o dziadku i staram się zrozumieć motywy nim kierujące, nie zmienia to faktu, że stoję po stronie Andzi. Przecież nią jestem…

Dziadek zmarł w niecałe dwa miesiące później, w niedzielę 17 listopada. W nocy, kiedy przyszła po niego śmierć, jego młodszemu bratu Felkowi, temu z którym byli najbliżej, urodził się syn – Mundek. W rodzinie mówili, że jeden Nowak umarł, żeby zrobić miejsce następnemu i uważali Mundka za „następcę” mojego dziadka. Sam mi o tym opowiadał.

Nie wiem, czy ktoś jej to doradził, czy sama Andzia wpadła na ten pomysł, ale testament prawdopodobnie nigdy nie został ujawniony. Bo kiedy przystąpiłam do prostowania spraw dotyczących domu, był on ciągle w połowie jej własnością, co oznacza, że chyba nastąpiło dziedziczenie ustawowe. Chyba – bo według dzisiejszych przepisów w takim przypadku przypadłaby jej jedna trzecia, a nie połowa. Może tuż po wojnie wyglądało to inaczej.

Julka szukano jeszcze długie lata. Dziś przyjrzałam się kopii listu w języku angielskim wysłanego przez Andzię do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w maju 1949 roku. Z treści wynika, że jest to już kolejny list. Widziałam go kiedyś, ale dopiero teraz zwróciłam uwagę, że babcia pisze, że Julek został aresztowany w styczniu 1944 roku w Krakowie. Nie wiem, skąd miała tę informację.

PISMO W SPRAWIE jULKA 1949
Była gdzieś jeszcze taka kartka od kogoś, kto szukał Julka tuż po wojnie, pytał, czy już wrócił do domu. To był człowiek, który siedział z nim w więzieniu w Miechowie – o ile dobrze pamiętam. Nie mogę jej teraz znaleźć, ale pewnie znowu znajdzie się, jak już będę zajęta czym innym.
Dziadek wierzył, że Julek wróci. Może myślał, że wtedy dwudziestokilkuletni syn pomoże Andzi we wszystkim i nie będzie potrzebowała nikogo innego? Staram się go usprawiedliwiać, bo zawsze szukam w człowieku tej dobrej strony. A to przecież mój dziadek. Choć nigdy go nie poznałam, jestem mu wdzięczna i modlę się za niego, bo to także on przygotował dla mnie lepszą przyszłość – cokolwiek to znaczy. W końcu to dzięki niemu mam swój dom…
A to, że Andzia nie była z nim szczęśliwa? Czasami zastanawiam się, co za fatum zawisło nad kobietami z mojej rodziny począwszy od prababki Ludwiki, że żadna nie znalazła szczęścia w miłości. Nie te realia i nie ten wymiar, ale dzieje kilku pokoleń kobiet z mojej rodziny przywodzą mi na myśl  bohaterki „Wieku samotności”. Piękne, jak moja babcia i mama, mądre, dzielne, ale samotne i nieszczęśliwe…

Ten wpis został opublikowany w kategorii stare dokumenty, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Testament 1946

  1. ~Kbc pisze:

    Kiedy napiszesz nam coś więcej o losach Julka? Długo na to czekam, bo wyczuwam w nim pewne podobieństwo do niezwykle tragicznej postaci z mojej rodziny… Natomiast co do testamentu i tego zastrzezenia co do ponownego zamążpójścia… nie wiem jak to wytłumaczyć… myślę, że dziadek Jan miał trochę inne myślenie jak sporo ludzi w tamtych czasach i na pewno małżeństwo i w ogóle kobietę postrzegał w trochę inny sposób – taki z którym my nie do końca się dziś możemy zgadzać czy go rozumieć. Ot takie moje skromne przemyślenia.

    • vilejka pisze:

      Niewiele już mogę dodać do tego, co o Julku napisałam. Pewnie jeszcze jakieś szczegóły znalazłyby się. Zbiorę wszystko, co o nim wiem, uporządkuję i na pewno napiszę. Dziękuję, że o to prosisz! :) Muszę jeszcze koniecznie jeszcze porozmawiać z ciocią, która znała go będąc dzieckiem i pamięta…

  2. ~RademenesII pisze:

    Może warto pomyśleć o wydaniu książki. Śledzę bardzo nieregularnie wpisy, ale co kolejny, to historia porusza się do przodu.

  3. ~Anna M. pisze:

    Ciężko mi zrozumieć motywy jakimi się kierował Twój dziadek. Twoja babcia zasłużyła na „lepszy” testament. Przede wszystkim wyszła za niego za mąż tak z rozsądku i chęci pomocy. Przeszli razem naprawdę wiele, wręcz tyle że to dla mnie nie do pojęcia. Śmierć dziecka i żony z pierwszego małżeństwa, pochwali też własne dziecko, wojna, niewola.
    To on był niewierny i miał nieślubnego syna (może wiesz o nim coś więcej? Może miał dzieci?), a jakoś tak dziwnie się „zabezpieczył”, że w razie powtórnego zamążpójścia, to nie, nie należy się żonie nic.

    Ale, ale! Tak jak napisał ktoś wyżej – nie nam oceniać, może tak było w tamtych czasach…

  4. ~Lenka pisze:

    Czytam od jakiegoś czasu i jestem zachwycona. Sama uwielbiam historie rodzinne, ale nie wiem czy umiałabym tak pięknie o nich pisać. Wielkie brawa za wytrwałość Vilejko :) Bardzo poruszyła mnie sprawa testamentu gdyż mój dziadek w swoim pierwszym testamencie zrobił podobne zastrzeżenie. Miał z babcią dwanaścioro dzieci, z których 9 przeżyło do wieku dorosłego. Majątek podzielił między 10 dzieci, które żyły wtedy, w latach 70-tych, dając go jednak babci w wieczyste użytkowanie pod warunkiem, ze nie wyjdzie za mąż. Niedawno moja mama wyjaśniła mi dlaczego. Otóż dla człowieka, który setki kilometrów wrócił piechotą do domu po wojnie, a którego poznał tylko pies według rodzinnej legendy, ziemia ojców to było wszystko. Całe życie bał się kolejnej wojny, w piwnicy robił zapasy i wierzył, ze w razie czego ziemia utrzyma jego rodzinę. Kochał te swoje pola i lasy bardziej niż niektórych ludzi… Zdaniem mamy, robiąc zastrzeżenie w testamencie chronił tę swoją ziemię i chciał, aby pozostała w rodzinie. Przypuśćmy bowiem, ze babcia wyszłaby drugi raz za mąż i wniosła swoją część ziemi w posagu, a potem zmarła szybciej niż jej drugi mąż… Jest możliwość, ze duża cześć majątku dostałaby się w ręce obcych osób, w ręce rodziny męża, który miałby prawo swoją część rozdzielić między własne dzieci. . Jednak dożywotnie użytkowanie zabezpieczał babcię (nawet wymienione w testamencie dzieci jej nie mogły wyrzucić), a jednocześnie sprawiało, że ziemia zostanie w rodzinie. Mojemu dziadkowi nie chodziło o zazdrość, był pewien, ze jeśli babcia wyjdzie za mąż po raz drugi, nowy mąż zapewni jej byt, ale nie kosztem ojcowizny…. Ludzie, którzy przeżyli wojnę i tułali się po świecie inaczej rozumieli słowa dom, ojcowizna… i byli w stanie wszystko dla nich poświęcić. Podziwiam ich za to. Babcia (też zresztą Ania, nazywana Haneczką) umarła jednak 10 lat przed dziadkiem i to on się powtórnie ożenił w wieku ponad 70 lat, tylko uwaga… dziadek i jego nowa żona podpisali intercyzę (podobno z inicjatywy dziadka właśnie, chociaż formalności załatwiali jego zięciowie) i tak rodzinna ziemia została w rękach mojej mamy, ale dlaczego tylko w jej rękach to już inna długa historia …:)

    • vilejka pisze:

      Dziękuję Ci – za miłe słowa, ale też za tan miniwykład :) Nie pomyślałam o tym, a faktycznie mogło tak być. Teraz nawet, wziąwszy pod uwagę zapobiegliwość dziadka, z której był znany, dochodzę do wniosku, że tak właśnie było! Wiesz, dzięki Tobie – trochę kamień z serca:)
      Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do spisywania rodzinnych historii, bo widzę przecież, że umiesz. A pewnej wprawy nabywa się z czasem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>