Pogrzeb dziadka Jana – 1946

 „Rodzimy się, umieramy …
A życie toczy się dalej, jakby nas w ogóle nie było.” 


kondukt

Jeszcze niedawno miałam spore wątpliwości, czy to zdjęcie zrobiono na pogrzebie mojego dziadka w listopadzie 1946 roku, czy dopiero w 1958, w styczniu, kiedy zmarła moja prababka Ludwika, która co prawda całe swoje dorosłe życie spędziła w Czeladzi, ale ostatni czas przed śmiercią mieszkała w Trzebini u swojej córki Andzi i tu została pochowana. Podobno na jej pogrzebie były „straszne śniegi”. Tu widać, że już zima, ale te „śniegi” jeszcze nie takie straszne. Poza tym dzięki Basi i jej mężowi, który zeskanował mi te znalezione na strychu negatywy mam kolejne zdjęcia dokumentujące to wydarzenie i w niewielkiej postaci z jasnymi włosami idącej tuż za trumną rozpoznaję jedenastoletniego Olka – ten sam jest na kolejnych fotografiach, zrobionych już na cmentarzu.
To pierwsze zdjęcie zrobiono przed naszym domem. W pokoju od ulicy (od ogrodu zresztą też) są jeszcze dwa wąskie okna; na te szerokie weneckie wymieniono je dopiero na początku lat sześćdziesiątych. Są stare rzeźbione drewniane drzwi… Były bardzo nieszczelne i niestety ja sama wymieniłam je jakieś dziesięć lat temu na zwykłe, brzydkie. Nikt mi wtedy nie podpowiedział, że można by je naprawić, uszczelnić, a ja sama, głupia, nie wpadłam na to wtedy. Strasznie mi teraz żal…
Nasz sklep na prawo od drzwi był wtedy na pewno nieczynny. „Urządzenia” i towar – jak pisała Andzia – ludzie pozabierali, przeświadczeni, że dziadkowie już żywi z wojny nie wrócą. Poza panią Pstruchową, żoną ogrodnika, nikt potem niczego nie oddał. Umierającemu dziadkowi musiała towarzyszyć także i ta myśl, że wszystkie jego starania o to, by rodzinie dobrze się żyło, to jego ciułanie, czasem na granicy sknerstwa, skończyło się zupełnie inaczej, niż sobie zaplanował.
Dziadek zmarł 17 listopada, w dwa miesiące po spisaniu testamentu. To była niedziela; pogrzeb odbył się we wtorek 19 listopada – tak wpisano w księdze zgonów, gdzie również obok przyczyny śmierci – rak żołądka – podano, że był wdowcem po Annie Randee i pozostawił żonę Annę z Domagałów. Byli małżeństwem przez 23 lata. Tydzień przed jego śmiercią była rocznica tego wydarzenia.
Po raz kolejny oglądam „Noce i dnie”, mój ukochany film, i zastanawiam się, czy i Andzia mogła – jak Barbara – myśleć: „Dziękuję losowi, że wychodząc za mąż bez miłości, jego właśnie dostałam.” Obie przez całe swoje życie tęskniły za innym… A przecież i Bogumił, i Jan bardzo się o swoje rodziny troszczyli nie szczędząc sił i talentów, żeby im zapewnić dobrobyt.

Zima w 1946 przyszła dość wcześnie, już w połowie listopada. Siedzący na koźle woźnica (konia ciągnącego karawan mogę sobie tylko wyobrazić) jest opatulony w obszerną, pewnie wełnianą pelerynę. Sam karawan jest piękny. Jak kareta! Ciekawe, co stało się z podobnymi mu „pojazdami”, kiedy zastąpiły je te ciągnięte przez konie mechaniczne. Pewnie jest gdzieś jakieś muzeum…

Na pogrzeb przyjechała z Czeladzi matka Andzi, Ludwika, z synem Felkiem i wnuczką Lesią, która miała wtedy dziesięć lat.

2

Od lewej stoją: Andzia, jej brat Felek, Lesia, Olek i Ludwika.

Gdybym nadal miała jakieś wątpliwości, nad czyim grobem rodzina zrobiła sobie to pamiątkowe zdjęcie, to wątpliwości te rozwiewa napis na szarfie jednego z wieńców. Basia doczytała się, i faktycznie i ja to widzę w dużym zbliżeniu, że napisano tam: „Kochanemu zięciowi i szwagrowi” – widać to właśnie na tym zdjęciu, gdzie jest sama Lesia.


1Basia zwróciła mi uwagę na rzecz, która ją uderzyła w tych zdjęciach z cmentarza. Na pustkę na cmentarzu. Teraz grobów jest tak wiele, że trudno przejść między nimi. Właściwie kto „nie ma miejsca” na cmentarzu parafialnym, może być pochowany tylko na tym komunalnym, który powstał obok stosunkowo niedawno. A wtedy … tyle pustych miejsc było. I pewnie mało kto myślał wówczas, że to może być jego miejsce… Tak, jak my teraz.

3

Na tym ostatnim zdjęciu jest szesnastoletnia Jasia – pewnie fotografowali na zmianę z Olkiem. Na pewno j e g o aparatem. I pewnie całą obróbką zajął się też on sam – choć był jeszcze taki mały. Mogę się tego tylko domyślać, ale wiem, że za dwa lata już na pewno sam będzie wywoływał zdjęcia, więc może i wtedy to robił? Od najwcześniejszych lat fotografia była jego pasją. Dzięki temu mam trochę zdjęć z okresu, kiedy nie było to zbyt popularne hobby, a i ludzie czym innym byli zajęci. Moi dziadkowie byli po wojnie biedni, tak wiele stracili, ale aparat fotograficzny był! Może to był jeden z tych okazyjnych zakupów dziadka z Breslau? 

Ten wpis został opublikowany w kategorii stara fotografia, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pogrzeb dziadka Jana – 1946

  1. ~Stary Maryjan pisze:

    A propos konia którego brak na fotografii…
    Karawan konny był zwykle ciągnięty przez parę koni. Z kilku powodów. Po pierwsze to ciężki pojazd a po drugie musiał czasami pokonać sporą odległość od domu zmarłego do kościoła a potem na cmentarz. A drogi bywały różne. W 1969 roku w małej miejscowości na południu Wielkopolski zmarła moja Babcia i w ostatnią drogę zabrał ją podobny karawan. Miałem wtedy 8 lat i szedłem z wiązanką tuż za karawanem nie bardzo wiedząc i rozumiejąc w czym uczestniczę. Zapamiętałem drewniane koła okute stalowymi obręczami, rzeźbione ozdoby karawanu, brzęczące na wybojach szyby, specjalne haki na wieńce no i konie. Dwa kare konie wyszczotkowane aż się błyszczały, z wypucowanymi kopytami, zaplecionymi grzywami i ogonami. W czarnej uprzęży ze srebrnymi ozdobami i kitami w biało czarnych piór na głowach…..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>