W naszym domu 1946 – wspomnienia Lesi Domagałównej

Jeszcze przed śmiercią dziadka, pewnie w maju lub czerwcu 1946 roku, dziesięcioletnia wówczas Lesia – córka Felka Domagały, brata Andzi, przystąpiła w Czeladzi do Pierwszej Komunii Świętej.
Na pamiątkę tego wydarzenia ofiarowała cioci i wujkowi swoją podobiznę z dedykacją.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem ta jej fotografia, oprawiona, stała w pokoju stołowym na kredensie – obok zdjęcia Julka, na którego wciąż czekano i malutkiej Olusi - zmarłej przedwcześnie pierwszej córeczki Andzi i Jana.
Uwiecznił to później – w 1948 roku –  trzynastoletni Olek na jednym ze zdjęć, które już wtedy samodzielnie wywoływał i nawet umieszczał na kliszy  swój podpis i datę.

jadalnia 1948. małe

jadalnia 1948 a.jpg małe

Zrobił te zdjęcia w czasie świąt Bożego Narodzenia. Może tuż przed tym, zanim zasiedli do Wigilii? Tak wiele przedmiotów tu widocznych ciągle jest w moim domu. Meble – to zrozumiałe (choć może i to wydać się dziwne, że tyle lat tu stoją, a ja nic nie zmieniam). Ale rozpoznaję też tyle drobiazgów na stole i na kredensie, które przecież dawno mogły się potłuc lub zgubić, a jednak są: klosz zbudowany z dwóch albo trzech szklanych pater, które zawsze stawiało się w ten sposób na Boże Narodzenie – i ja do dzisiaj tak robię – układając na nich jabłka, orzechy i jakieś pieczone w domu ciasteczka; na szczycie stał jeszcze mały kryształowy wazonik, a w nim kilka gałązek choinkowych.  Kryształowa misa na kompot z suszu z białą fasolą, który zawsze piło się z miseczek, a którego smaku szczerze nie znosiłam, owalna metalowa taca, zegar, który już dawno nie chodzi, ale przecież jest i ten drugi z postacią młodzieńca na koniu walczącego z lwem, pewnie Herkulesa.

zegar ze smokiem

Choć mama zawsze mówiła, że to święty Jerzy – ale on przecież nie z lwem, tylko ze smokiem walczył. Ten zegar też ciągle stoi na kredensie, choć koń nie ma ogona, który, urwany, leży obok.

pies

I figurka psa – bardzo cenna, gdyby nie to, że ma sklejoną nogę i przez to jej wartość jest jedynie sentymentalna.

muszla

I muszla z rysunkiem rekina i jakiegoś wielkiego statku wewnątrz, którą mama od mojego wczesnego dzieciństwa przykładała mi do ucha, żebym posłuchała jak szumi w niej morze. Nie miałam pojęcia, że już wtedy ją mieli. Myślałam, że to pamiątka z jakichś wakacji mamy. Dopiero niedawno to zauważyłam – na tym zdjęciu sprzed prawie siedemdziesięciu lat.
Ozdoby na ścianach też te, co i teraz.
Kwiatowy deseń został namalowany jeszcze przed wojną, przez tego zamówionego artystę – malarza. Jakoś udało mu się przetrwać wojnę (deseniowi, bo co z malarzem – nie wiem) , przez jakiś czas pomieszkali sobie w nim Weberowie, i wtedy, trzy lata po wojnie, ciągle jeszcze zadawał szyku, choć ściany musiały zapewne być dość mocno  zakurzone.
 Właśnie za muszlą położoną na kredensie, pierwsze od lewej stoi komunijne zdjęcie Lesi Domagałównej.
Była rok młodsza od Olka – urodziła się w 1936 roku, w cztery miesiące po ślubie rodziców. Teraz mieszka w Nowym Jorku. Kiedy spotkałam ją kilka lat temu opowiedziała mi parę rzeczy, takich strzępków przeszłości, związanych z moimi bliskimi, które zapamiętała z dzieciństwa.
Jeszcze tym samym roku, kiedy zmarł dziadek, krótko po jego śmierci, przyjechała tutaj na Święta. Albo tuż po Świętach, może na początku stycznia następnego roku – w każdym razie to był czas wystawiana jasełek. Zdaje się, że to w Sokole były wystawiane jasełka, na które wszyscy poszli: Lesia, jedenastoletni Olek i szesnastoletnia Jasia. Wrócili bardzo podekscytowani, zwłaszcza diabeł zrobił na nich wrażenie. Szczególnie na Olku, który postanowił odegrać jego rolę i zaczął skakać jak szalony i gonić po domu „jak wariat”. Ciocia Lesia doskonale zapamiętała te jego harce i szaleństwa, więc to musiało być dość …intensywne.
Musieli wtedy jeszcze nie mieć elektryczności, bo podobno potrącił stojącą na podłodze butelkę z naftą do lampy. Nie dość, że stracili naftę, to jeszcze na drewnianej podłodze zrobiła się brzydka plama. Podobno Andzia strasznie pomstowała, ale Janka wzięła Olka w obronę i jakoś mu się upiekło. A potem Lesia się rozchorowała,przeziębiła się czy zatruła czymś. Andzia chciała jej dać jakieś tabletki z unry, jeśli dobrze zapamiętałam to takie do uzdatniania wody(???), podobno miały pomóc, ale Lesia za nic nie chciała ich zażyć. Wtedy Jasia postanowiła, że pokaże jej, ze to nic takiego i sama zażyła, choć podobno wstrętne były. Nie wiem, czy przekonała tym swoją kuzynkę, ale jakoś mnie to rozczula, kiedy myślę o niej – jak zawsze starała się pomóc: a to broniła Olka, a to zjadała jakieś świństwo, żeby dać dobry przykład. Zawsze taka pozostała.
Lesia zapamiętała też stojak do choinki, który ciągle jest w moim domu. Jest niezwykły, ponieważ posiada pozytywkę i mechanizm sprawiający, że osadzone w nim drzewko obraca się. W czasach kiedy nie zawieszało się na choince elektrycznego oświetlenia, można go było używać bez obawy o to, że splątane i naprężone kable spowodują przewrócenie się drzewka. Teraz używam go dość rzadko, ale chętnie nakręcam pozytywkę, żeby posłuchać pięknego dźwięku.

pozytywka        Niezwykła jest też historia tego przedmiotu. Dziadkowie przywieźli go… wracając z obozu, kiedy po cudownym niemal odnalezieniu się przez czas jakiś przebywali u tej Niemki, o której Andzia wspominała w liście do znajomych. Oprócz tego, że podzieliła się z nimi żywnością, którą jej dziadkowie „uratowali przed ruskimi”, to dała im w prezencie tę piękną rzecz. Jedną z dwóch melodii granych przez pozytywkę jest łatwo rozpoznawalna „Stille Nacht”, ale musiałam zostać nauczycielką niemieckiego, żeby dowiedzieć się jaki jest tytuł drugiej.To piękna kolęda, pochodząca z 1815 roku „O du fröhliche”.

Czytając ponownie ten list przypomniałam sobie, jak Andzia pisała o ciężkim położeniu materialnym rodziny. Wpadł mi dziś w ręce odcinek renty dziadka z czerwca 1946 roku – musiał się pewnie wystarać o rentę przyznaną mu już przed wojną, po wypadku w pracy, o którym pisałam przy okazji „szoferskich” notatek dziadka. Tę rentę wypłacali mu nawet Niemcy w czasie okupacji; to wydawało mi się dość dziwne, ale na tym też polegał „niemiecki porządek” – choć wysokość świadczenia pewnie nijak nie przystawała do rzeczywistości. No więc po wojnie też ją otrzymał.

renta 1946
Kwota widoczna na druku – 400 zł – nie była wysoka. Sprawdziłam ceny, jakie obowiązywały mniej więcej w tym czasie: bochenek chleba kosztował ponad 20 zł, pół litra spirytusu – 360 zł. Choć po śmierci dziadka Andzia pewnie dostała tę jego rentę, to 400 zł na wiele nie starczało.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii czas tuż po wojnie, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>