List z Trzebini do Olka, do Dzierżoniowa – 1949.

list 1949

      Wpadł mi w ręce list, zachowany w archiwum Olka, który napisała do niego, wówczas czternastolatka, jego mama, moja babcia Andzia, 14 listopada 1949r.
Pisałam kiedyś o tym czasie tuż po wojnie, kiedy Olek najpierw uzupełniał braki w edukacji spowodowane wojną, a potem zaczął naukę w w Gimnazjum Przemyłowo-Radiotechnicznym w Dzierżoniowie przy Placu Bieruta 7 (choć Krakowska w Trzebini ciągle jeszcze była Krakowską, jeszcze nie ulicą Stalina). Jego starsza o 5 lat siostra Jasia niedawno ukończyła Gimnazjum Zdobienia Szkła w Szczytnej i rozpoczęła pracę w Szklarskiej Porębie. Nie wiem, czy to przypadek, ale oboje wybrali szkoły na Dolnym Śląsku. Kawał drogi od domu. Może nie bez znaczenia był fakt, że wyjazd na „ziemie odzyskane” był wtedy rodzajem jakiejś mody. Na pewno baza, na której powstawały tam między innymi szkoły była w znacznie lepszej kondycji niż w tej części Polski, która jeszcze nie podniosła się ze zniszczeń wojennych.
Andzia była sama w Trzebini, jej mąż nie żył od trzech lat. Wyobrażam sobie, jak musiała się martwić – czy dają sobie radę, czy dojadają, czy nie marzną. Biedny to był czas, samej musiało być jej bardzo ciężko, nie tylko pod względem materialnym. Po okresie pozornej demokracji, przestano dbać nawet o pozory.
List, który  pisała pewnie w poniedziałek wieczorem, bo datownik na kopercie jest z następnego dnia, 15 listopada, jest dowodem, że niebezpiecznie było wypowiadać się na tematy polityczne. Że nawet nie miała pewności, czy ktoś tego listu   „po drodze” nie przeczyta: „O polityce nic mi nie pisz, bo ja o wszystkim dobrze wiem……na to trzeba być ostrożnym.”

list 1949„Zdziwiłam się ogromnie, że pojechałeś do Jaśki, przecież we wtorek się z nią widziałeś, nie szkoda było Ci pieniędzy? Wiesz dobrze, że mi jest tak ciężko, posyłam Ci co mogę. Chciałeś sobie czapkę kupić, więc Ci posłałam pieniądze, a Ty ani nie zjesz sobie, i czapki nie kupiłeś, i na podróż wydaleś pieniądze na te parę godzin.” Dzierżoniów od Szklarskiej Poręby dzieli nieco ponad 100 km, do siostry miał znacznie bliżej niż do domu. Może tęsknił? I choć na parę godzin chciał pobyć z kims bliskim? 

Tak mniej więcej wyglądał w tym czasie. Mimo przeżyć, które sprawiły, że musiał przedwcześnie dojrzeć, ciągle jeszcze był dzieckiem. I sam też miał powody do zmartwienia: „Jaśka mi pisze, że oberwałeś 2 lufy, dlaczego, czy Ci ciężko, czy nie mozesz podołać nauce? Może jednak poprosiśz którego z kolegów, zeby Ci pomógł zawczasu (…) staraj się dziecko, bo potem musiałabym za Ciebie koszta płacić.”
To chyba te same „2 lufy”, o których dyrekcja Gimnazjum powiadomiła Andzię miesiąc później, grożąc, że w przypadku braku poprawy usuną Olka ze szkoły,a ją obciążą kosztami pobytu w szkole i w internacie. Nie wiem, czy ostatecznie musiała płacić, ale faktem jest, że od nastepnego roku Olek był już uczniem TEchnikum Mechaniczno-Elektrycznego w Chrzanowie, przy Fabloku. Andzia była jednak chyba z tego powodu zadowolona, bo Olek wrócił do domu. Zresztą już w liście pisała: „Ja już myślę, czy by nie było dobrze, abyś do Fabloku poszedł, bo jesteś tak daleko i nie mogę Ci nic pomóc.”
Wzruszam się, jak czytam, że posyła mu „buty podzelowane, trochę masła, 2 sznycle, parę jabłek, gruszek i sznurówki” i że do butów włożyła „wkłady z tektury”, a „masło jest trochę nieświeże, więc musisz zaraz zjeść, bo się zepsuje.” No i jeszcze, że miała mu „posłać trochę mleka, tylko nie wiem, czy byś mógł sobie zagrzać w kuchni lub na rurach”.

Kończy słowami; „Ucz się synku, nie zaniedbuj nauki! Całuję Cię – mama”

Cztery strony listowego papieru sprzed prawie siedemdziesiąciu lat, które już dawno mogły wylądować w makulaturze, są świadectwem tamtego czasu. Andzia była wtedy mniej więcej w moim wieku, choć jej dzieci były znacznie młodsze od moich. Mieszkała w tym samym domu, co ja teraz. Też był listopad i też siedziała wieczorem przy stole, pisząc ten list, pewnie w kuchni, gdzie było najcieplej. I pewnie piesek też był, bo zawsze w tym domu były psy. Może to ten, którego trzyma na rękach Jasia stojąca obok swojej mamy i jej przyjaciela z czasów czeladzkiej młodosci Konstatntego Orpicha, który przyjechał wtedy z Ogrodzieńca, może z wnukiem lub synem.

z psem lata 40

A Olek – od następnego roku szkolnego chodził już do „fabloku”. I tylko nie wiem, czy rok urodzenia podany w legitymacji szkolnej jako 1934 jest zwykłą pomyłką, czy próbą dodania sobie lat z jakiegoś nie znanego mi powodu…

legitymacja Olka 1951

Ten wpis został opublikowany w kategorii czas tuż po wojnie, Trzebinia dawniej i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „List z Trzebini do Olka, do Dzierżoniowa – 1949.

  1. ~Beata pisze:

    To jest bezcenne, że możesz w listopadzie siedzieć w tym samym domu, w tych murach, gdzie powstawał tamten listopadowy list Andzi :*** Takie pamiątki, przez niektórych zwane rupieciami, najczęściej są wyrzucane przy kolejnych przeprowadzkach z mieszkania do mieszkania, bo mieszkania małe i strychu nie maja :(

    Ale i ja kiedyś taki list czytałam, gdzie wszytko co do paczki zostało włożone pieczołowicie wyliczono – to podobno dlatego, że paczki były okradane z zawartości.

    Serdeczności posyłam i cieszę się z Twojego szczęścia w trwaniu pokoleń :***

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>